A A A

KONKURS LITERACKI "RAPORT Z ZAGROŻONEGO MIASTA"

 

 

 

 

"piszę tak jak potrafię w rytmie nieskończonych tygodni
(...) unikam komentarzy emocje trzymam w karbach piszę o faktach
podobno tylko one cenione są na obcych rynkach"

Zbigniew Herbert, "Raport z oblężonego Miasta"

 

Ogłaszamy Konkurs Literacki "Raport z zagrożonego Miasta" na krótką formę prozatorską, zawierającą historię życia w czasie pandemii, odwołującą się do zmian wymuszonych pandemią. Zachęcamy do udziału! Wszystkie szczegóły oraz regulamin konkursu dostępne są TUTAJ. Tymczasem na zachętę, opowiadanie (poza konkursem) Elwiry Dzikowskiej.

 

 

Z cyklu „Bajki i bajeczki na czas zarazy”

„W stawie”

 

 

Był sobie staw. Ani mały, ani duży, tylko taki w sam raz. Mieszkały w nim Ryby oraz jak to w stawie bywa, zooplankton w postaci: Wrotek, Wioślarek, Widłonogów oraz uroczych Małżoraczków i oczywiście Larwy Muchówki. Przeważająca w stawie ilość Karasi Pospolitych toczyła zaciekłe boje z Karasiami Srebrzystymi o miejsce w rybiej hierarchii. Karasie nie liczyły się zupełnie z nielicznymi tu: Płociami, Krąpami, Leszczami i Ciernikiem Trójkolczastym, który jako nieliczny przedstawiciel swojego gatunku, podejmował bunt przeciw codziennym sporom. Pozostali mieszkańcy stawu: Żaby, Traszki i ich przyjaciółka Wzdręga, prowadzili spokojne i dość monotonne wodne bytowanie. Mieli tu wszystko, co im było do życia potrzebne. Stół do ping-ponga, niewielki, ale dobrze utrzymany kort tenisowy no i wypróbowanych przyjaciół. Wzdręga, chyba ze względu na swoje karpiowate pochodzenie, dumnie zadzierała płetwy do góry, nie mogąc zadzierać czego innego. Choć często mylona z płocią, była do płoci zupełnie nie podobna. Ani z charakteru, ani z zainteresowań, ani z wyglądu. Wyróżniała się bowiem jaskrawym ubarwieniem i silniej spłaszczonym ciałem, co czyniło ją doprawdy wyjątkowo atrakcyjną w oczach licznie tu obecnych Żab i Traszek. Nawet Sum, zamieszkujący staw cichcem i zupełnie pokątnie od pewnego już czasu, też spoglądał z wyraźnym uwielbieniem w stronę Wzdręgi, sunącej cicho, pływem niemalże tanecznym, ruchem pełnym gracji i szyku.

 

Życie mieszkańców stawu toczyło się swoim trybem, z dala od gwaru i świateł miast, od torów kolejowych i wesołych miasteczek, kin oświetlonych wielkimi, kolorowymi neonami. Z dala od porządku rzeczy ludzkiej, myśli twórczej jej Autorów, braw, nagród i kar. Z dala od zdrad, porzuceń i pogodzeń. I tak toczyłoby się zapewne jeszcze czas długi, gdyby nie to zdarzenie.

 

 

Otóż pewnego dnia, powiedzmy, że było to we wtorek, (i nie musimy się upierać, że to z pewnością był wtorek, bo mieszkańcom stawu jest najzupełniej obojętne jaki, to był dzień tygodnia), Larwy Muchówki zauważyły, że Ryby nie pływają jak zwykle, tylko śpią do późna. Nie obudziły się na poranny aerobik, nie włączyły radia, żeby posłuchać prognozy pogody, wreszcie, nie przypłynęły na śniadanie, co jest bardzo złym znakiem. Zachowywały się tak, jakby ich w ogóle nie było. W stawie panowały cisza i spokój, które złowrogim bezgłosem wdzierały się w najdalsze jego zakamarki.

 

- To zaraza – krzyknął Najstarszy Karaś, którego mądrość i wiek zdradzał biały, prawie srebrzysty nalot na płetwie oraz głęboka bruzda miedzy szeroko osadzonymi, mądrymi oczami.

 

Zwabieni krzykiem, który zrazu przeszedł w bulgot, przypłynęli niemal natychmiast wszyscy mieszkańcy stawu. Poruszeni i mocno zaniepokojeni, starali się dowiedzieć, co dzieje się z Rybami.

 

- Przecież wczoraj jeszcze piliśmy espresso w kawiarni na rogu – chrząknął zmieszany czegoś Krąp. - I doprawdy nie widzę powodu, doprawdy nie widzę..., dlaczegóż by Ryby miały spać, prawda – chrząknął jeszcze raz. Larwa Muchówki popatrzyła na niego karcąco.

 

- Nie patrz tak na mnie – żachnął się Krąp. - Kawa to tylko kawa, prawda. Nic innego – dodał patrząc w bok.

 

 

Zaległa cisza. Czyżby Krąp miał coś wspólnego z nagłą niemocą Ryb? Czy miał motyw, by pozbyć się ich, czy miał powód, by im zaszkodzić? A jeżeli tak, to czy pozostali są bezpieczni?

 

Najstarszy Karaś zaczął uważniej przyglądać się zebranym mieszkańcom stawu. Byli wszyscy, prócz Ryb. Cały zooplankton ustawił się karnie w dwuszeregu: Wrotek stał ze spuszczona głową, Wioślarek miał łzy w oczach (pewnie udawane), Widłonogi przestępowały niecierpliwie z nogi na nogę.

 

Jak nic, spieszą się. Każdy chce tylko, żeby szybko, jak najszybciej załatwić sprawę i iść w swoją stronę. Nikogo tak naprawdę nie obchodzi los Ryb, pomyślał zasmucony.

 

To dziwne, przez głowę przemknęła mu myśl, to doprawdy bardzo dziwne, ale przecież zaraza nie dotknęła jego samego a i Krąp też był obecny. Ciekawe, pomyślał.

 

Karasie Pospolite i Karasie Srebrzyste toczyły ze sobą spory od zawsze. Nikt nigdy nie wiedział, o co dokładnie im chodzi, bo zarówno jedne jak i drugie były w stawie bardzo ważne. Ich przedstawiciele zasiadali w Radzie Stawu, mieli zawsze coś mądrego do powiedzenia, ustalali zasady poruszania się w stawie, tak, by nie naruszać przestrzeni innych użytkowników; nawet egzamin na kartę pływacką traktowany był z wielką starannością. Mimo, iż Traszki i Kumaki zgłaszały wielki sprzeciw i podnosiły raban, nie zgadzając się na przystąpienie do egzaminu zooplanktonu, to jednak trzeba przyznać, że wszyscy mieszkańcy byli w tym względzie traktowani równo. Co zatem się stało? - głowił się Stary Karaś przyglądając się badawczo zarówno Krąpowi jak i innym mieszkańcom stawu.

 

 

- Trzeba sprawdzić, jak się Ryby mają – odezwał się Krąp. - Ja popłynę – dodał i szybko się oddalił. - Płyńcie za nim w podskokach - polecił Żabom i Traszkom. - Nie mam do niego krzty zaufania.

 

Kiedy został sam tylko z zooplanktonem, który spluwał przez ramię, gwizdał głośno i w ogóle zachowywał się okropnie, odezwał się Sum, zamieszkujący staw cichcem i pokątnie.

 

- Ja wiem, dlaczego Ryby śpią – powiedział i zrobił pauzę dramatyczną, która była długa, straszna i niczego nie wnosiła do sprawy.

 

- Jak wiesz, to mów – odezwał się po chwili Stary Karaś, na którym dramaturgia wyznania nie zrobiła żadnego wrażenia.

 

- Wiem, ale powiem dopiero, jak obiecasz, że zmienisz zarządzenie Ryb – powiedział na wydechu Sum.

 

- Po pierwsze, o jakie zarządzenie ci chodzi? A po drugie, to w ogóle nie powinno cię tu być. Nie dość, że zamieszkujesz nielegalnie staw, nie masz badań, ani dokumentów... pamiętasz, że przygarnęliśmy cię praktycznie z sitowia... bez niczego.... no, wiesz, jak to z tobą było - chrząknął Stary Karaś. - Nie chcę wchodzić z tobą w potyczki słowne, ja jestem stary, ty też.

 

- No właśnie - podchwycił Sum. - W tym rzecz, że wprowadzone przez Ryby – tu Sum ściszył głos - wczoraj przy kawie z Krąpem godziny dla hmm, seniorów, zupełnie mi nie odpowiadają - zakończył rumieniąc się nieco pod długim i starannie wypielęgnowanym wąsem. - Jestem, mimo wieku, jeszcze zupełnie na płetwie. - Uśmiechnął się niepewnie. - Piszę piosenki dla naszego zespołu Kumaki – dodał, wybałuszając przy tym zabawnie oczy.

 

- Co też ty mówisz? - obruszył się Stary Karaś, aż jego lśniąca srebrzysta łuska zalśniła jak tęcza, zmieniając wielokrotnie barwę. Zatrzepotał płetwami, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć.

 

 

Nastała cisza, pełna dziwnego skrępowania. Zarówno Sum, którego tu nie powinno być, jak i Stary Karaś milczeli, zupełnie nie kwapiąc się do rozmowy. Sum patrzył pod płetwy, skubał wąsa i lekko poruszał się w wodzie, jakby odprawiał jakiś tajemniczy rytuał.

 

- A więc wczoraj przy kawie, powiadasz – odezwał się powoli Stary Karaś, któremu dziwnie przestało być śpieszno do wyjaśnienia zagadki zarazy, jak dopadła Ryby.

 

- Tak. Przy kawie - przytaknął Sum.

 

- Nie wiedziałem. Nic o tym nie wiedziałem. Godziny dla seniorów? Na co? Na jedzenie, spanie, pływanie? To najzupełniej nietrafiony pomysł - dodał już zdecydowanie, bo pewna myśl mu zaświtała w głowie. Odnotował również fakt, iż Krąp długo nie wracał i że Żaby i Traszki nie wracały, i że wokół niego zrobiło się jakoś cicho. Cały zooplankton gdzieś się rozproszył, w oddali cykał świerszcz. Zrobiło się sennie.

 

- Idźmy spać - powiedział Stary Karaś. - Jutro się nas tym zastanowimy.

 

Nazajutrz okazało się, że stawu nie ma. Może usnął razem z nimi...

 

O AUTORCE: 

 

Elwira Dzikowska - rocznik 63. Z wykształcenia aktorka (PWST-Kraków), pracownik merytoryczny w OKiSz „Resursa Obywatelska” w Radomiu (dział Dziedzictwa Kultury). Pisać zaczęłam w szkole średniej; w ramach XII Ogólnopolskich Konfrontacji Poetyckich „Częstochowa-Kłobuck`86 zostałam wyróżniona w „Turnieju Jednego Wiersza” i z tym wyróżnionym wierszem zadebiutowałam w Miesięczniku Społeczno-Literackim „Okolice”. Moje wybrane wiersze ukazały się w zbiorze „To moje słowa” Antologii Poezji Grupy Literackiej RSTK „Ziemi Radomskiej”w 90r. Moje opowiadania, recenzje, bajki, fraszki, limeryki i inne krótkie formy literackie były publikowane na łamach Radomskiego Miesięcznika Kulturalnego wydawanego przez OKiSz „Resursa Obywatelska”. W Resursie wspołtworzę cykl filmowy "Radomskie portrety" i "Swiadkowie historii".

 

Ilustracje: Karol Łukasiewicz, Elżbieta Raczkowska

Autorka Opowiadania - Elwira Dzikowska

Autorka Opowiadania - Elwira Dzikowska