A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Spotkanie"

 

 

 

SPOTKANIE


   
Grzegorz wstał, przyjął uroczystą postawę, zatarł dłonie, chrząknął i zaczął mówić niezbyt głośno, ale tak, by słyszeli go wszyscy siedzący na dużym tarasie parterowego domu na radomskich przedmieściach.
   
- Drodzy moi. Witam was wszystkich. Dotychczas spotykaliśmy się w naszym klasowym gronie z okazji okrągłych rocznic matury w jakiejś knajpce. Teraz spotykamy się z dwóch innych, jakże smutnych powodów: śmierci naszego kolegi Rysia, który przegrał walkę z wirusem, i z powodu samej epidemii, aby udzielić sobie wzajemnego wsparcia. Inspiracją dla spotkania był „Dekameron” Boccaccia, gdzie też schroniono się przed zarazą, aby dla wzajemnego pokrzepienia opowiadać historie. Teraz też opowiemy, jak sobie radzimy w czasie zarazy. A na koniec podejmiemy wspólnie trudną decyzję, która nas czeka. Z wiadomych względów nie mogliśmy się spotkać jak wcześniej w jakimś lokalu, bo wszystkie, są zamknięte, dlatego zaprosiłem was do mojego domu i ogrodu. Są napoje zimne i gorące, coś na przekąskę też się znajdzie. Proszę jeszcze o zakrywanie ust i nosa. Co prawda jesteśmy na prywatnym terenie, ale ostrożności nigdy za wiele. Mamy przygotowane przez firmę Pawła jednorazowe maseczki, można brać i zakładać.
   
Grzegorz zakończył i poprosił o zabieranie głosu Część siedzących na tarasie sięgnęła po stojące na stolikach kubki i filiżanki z herbatą czy kawą, niektórzy owinęli się mocniej kurtkami i kocami, aby nie tracić przyjemnego ciepła.
   
Pierwszy wstał Artur Jedna z otulonych kocem kobiet rzuciła: „możesz siedzieć, będzie ci wygodniej”. "I cieplej” - dodała druga siedząca obok. Artur zaczął mówić z pewną tremą:
   
- Ja wolę na stojąco. A przechodząc ad rem. Śmierć Ryśka bardzo mną wstrząsnęła. Ja wiem, że to stereotypowo brzmi, ale tak było. Do czasu informacji o zarażeniu się Rysia, koronawirus był abstrakcyjnym zagrożeniem, o którym słyszy się w mediach i czyta w Internecie. A tu nagle przyjaciel, którego znam ponad 30 lat, łapie to cholerstwo. I to jeszcze Ryszard, którego hobby to zdrowe odżywianie, który nie palił, pił sporadycznie, jeździł na rowerze, czyli wyróżniał się na plus od zdrowotnego obrazu przeciętnego polskiego pięćdziesięciolatka. Jakoś tak mi się wydawało na początku epidemii, że naprawdę groźna jest tylko dla schorowanych emerytów. Ale dla nas? Taka trochę cięższa grypa, a nawet jeśli zapalenie płuc, to przecież nie jesteśmy w XIX wieku. Są antybiotyki i nowoczesne technologie medyczne. Nawet jeśli nie wszystkie szpitale wyglądają jak w Leśnej Górze, to respiratory w każdym są. Ludzie w sile wieku na takie choroby nie umierają. Nawet, gdy lekarze mówili, że Ryś jest w ciężkim stanie, tak myślałem. I nagle ta wiadomość, że nie żyje. Że wirus zabił kogoś z mojego rocznika. Jak wiecie, w tym roku zmarła też moja mama. Może wyjdę na drania bez serca, ale nie wiem czyją śmierć bardziej przeżyłem. Bo to wprawdzie matka, ale ona miała 88 lat, cukrzycę i początki Alzheimera, a Ryszard był o prawie 40 lat młodszy. Brzmi to patetycznie, ale przegrana walka Rysia z wirusem uświadomiła mi naszą ludzką kruchość. Chyba nawet przeżywam swego rodzaju nawrócenie religijne. Wybaczcie. Nie mam wiele więcej do powiedzenia. Teraz oddaję głos Agacie.
   
Agata, elegancka blondynka, szczelniej otuliła się płaszczem, upiła łyk kawy z filiżanki i zaczęła mówić:
   
- Oj Rysiu, Rysiu, cóżeś nam uczynił tym odejściem swoim! Byłeś z nas najinteligentniejszy, najdowcipniejszy i nie wiem czy najprzystojniejszy z klasowych chłopaków, ale wszystkie zazdrościłyśmy Kryśce, że ją wybrałeś. A jak sobie radzę z wirusem? Pracuję w domu od rana do wieczora, najczęściej późnego. Bo muszę te zdalne lekcje najpierw przygotować, a potem je dla dzieciarni poprowadzić. Kupiłam tablet, robię na nim odręczne notatki, podkreślenia i inne fidrygałki w różnych kolorach, żeby prezentacje były efektowne. A potem wydzwaniam do dzieci i ich rodziców, żeby sprawdzić, czy wszystko było widać i słychać, i czy jest jasne. Siedzę nad tymi zdalnymi lekcjami dwa razy więcej niż w normalnym trybie, licząc przygotowanie lekcji i ich prowadzenie w klasie. Do tego wszystkiego człowiek cały czas w nerwach, bo jestem między młotem i kowadłem. Z jednej strony dyrekcja kontroluje i ciśnie, aby nauka zdalna była obszerna i ze szczegółami, z drugiej rodzice się skarżą, że muszą siedzieć godzinami przy lekcjach z dziećmi. I jeszcze te komentarze na forach, że nauczyciele sobie zrobili „koronaferie” i jak to im dobrze.
   
Na te słowa ożywiła się siedząca obok Kasia.
   
- Ech, Aga!. Może masz rację ze swojego punktu widzenia, ale ja to widzę z drugiej strony, jako matka. Naprawdę siedzimy z dziećmi całe dnie, bo same nie dają sobie rady. Starszy Karol technicznie ogarnia te lekcje on-line, ale trzeba mu pomagać z kilku przedmiotów, młodsza Zosia potrzebuje i takiej, i takiej pomocy. Pomnóż czas dla dwójki uczniów razy liczbę przedmiotów i razy pięć dni, to ci wyjdzie w tygodniu masa godzin, które musimy z mężem przesiedzieć z dziećmi przy laptopie. Kiedyś myślałam, czy nie za mało czasu poświęcamy dzieciom, ale teraz jest przegięcie w drugą stronę. Już się nie mogę doczekać, kiedy wrócą normalne lekcje w szkole.
   
Większość siedzących kobiet potakiwała głowami podczas tej wypowiedzi. Odezwała się Małgosia:
   
- Zgadzam się z Kasią. Mam może łatwiej, bo tylko jedno dziecko w wieku szkolnym. Dla mnie z kolei większą traumą jest robienie zakupów. Najpierw było polowanie na orlenowski płyn do dezynfekcji. Jeździłam na pobliską stację codziennie, a płynu nie było. Potem wzięłam od nich numer telefonu i dzwoniłam. Przez kilka dni dalej się nie pojawił, aż pewnego dnia słyszę: „Był płyn, ale w pól godziny się wyprzedał, powinna być nowa dostawa, ale kiedy - nie wiemy”. W końcu kupiłam inny płyn w aptece, razem z maseczkami. Normalne zakupy jedzenia i środków czystości też potrafią napsuć nerwów. Te większe, raz w tygodniu w „Biedronce” czy „Lidlu”, w miarę komfortowe. Widać, że w dużych sieciach pilnują, aby za dużo klientów naraz nie wchodziło. Są maseczki, płyn do odkażania i rękawiczki jednorazowe. Tymczasem w osiedlowym spożywczaku to już różnie bywa. Generalnie rękawiczki i maseczki do wzięcia wiszą, jednak co z tego? Kiedyś się wkurzyłam, jak mi dwaj faceci chuchnęli w twarz. Poczułam smród piwa i papierosów. A skoro to mnie dosięgło, to gdyby mieli w gębach wirusa, to też by do mnie dotarł. Wydarłam się na nich, że maski są i tylko trzeba chcieć wziąć. Jeden, bardziej chamowaty, coś jeszcze burczał, drugi przynajmniej grzecznie przeprosił i założył maskę na twarz. Innym razem złapałam nerwa, gdy się spieszyłam z robieniem obiadu, czegoś mi zabrakło, biegnę do osiedlowego, a ekspedientka mnie pyta, czy skończyłam 65 lat, bo jeśli nie, to jej przykro, ale zaprasza za godzinę, po dwunastej. Jeszcze mi humor dodatkowo popsuła, bo pyta, ja myślę, że wyglądam jak młoda czterdziestka, a ta mi dodaje 15 lat, małpa jedna. Sam przepis nawet rozumiem, starsi ludzie są najbardziej narażeni, ale gdy nie możesz pójść do sklepu, kiedy chcesz, to cię wytrąca z równowagi, zanika normalność, do której się przyzwyczailiśmy, i to powoduje u mnie jakiś lęk.
   
Grzegorz podniósł się z fotela. - Fajnie się was słucha. Proszę jeszcze naszego biznesmena Pawła.
   
Ten wstał i zaczął pewnym głosem:
   
- Biznesmeni to są na liście stu najbogatszych. Ja mam tylko małą agencję reklamową. Szyldy, bannery, foldery, spoty do TV i radia. A że teraz wszystko stanęło, to i my nie mamy zleceń. Zaczęliśmy więc robić maseczki z nadrukiem. Dla służby zdrowia takie z czerwonym krzyżem, i rozdajemy im gratis. A firmom z naszej bazy zaproponowaliśmy maseczki reklamowe. Z tekstem typu: „Zapraszamy, plus nazwa firmy”. Kokosów z tego nie ma, ale teraz każda złotówka się liczy, żeby jakoś przetrwać.
   
Ponownie wstał Grzegorz.
   
- Dziękuję wszystkim za opowieści. A teraz musimy dokonać trudnego wyboru, kto z nas będzie mógł iść na pogrzeb Rysia. Według przepisów w kondukcie może być tylko pięć osób. Jego żona i dwoje dzieci, to oczywiste. Wybierzmy więc dwie osoby, które złożą wieniec od nas, gdy Rysio będzie już dwa metry pod ziemią.
   
Nagle zrywa się Kasia, wymachuje smartfonem i krzyczy: „dwa metry! DWA METRY!”  - wszyscy patrzą na nią zdziwieni. Ktoś pyta: „co ci jest?”. A ona z uśmiechem:
   
- Przeczytałam, że zmienili przepisy. Możemy iść wszyscy, tylko musimy zachować odstęp dwa metry od siebie i mieć założone maseczki. Widzicie?! Pójdziemy razem pożegnać Rysia.



JASIO SAMOSIO