A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Dzień z życia mieszczanina"

 

 

 

DZIEŃ Z ŻYCIA MIESZCZANINA



- Dzień dobry Państwu. Witam na porannych wiadomościach. Wstajesz i wiesz już od szóstej rano. Dziś w programie: Szpital na Józefowie w dramatycznej sytuacji - dwie osoby zmarły, są kolejni zarażeni; liceum Kochanowskiego w podzięce medykom; jak radzić sobie z domową monotonią? Tylko u nas najświeższe informacje o koronawirusie w regionie i kraju. Zacznijmy od…

Poprawiłam kołdrę i przewróciłam się na drugi bok. Śniło mi się, czy ciotka już włączyła telewizor? Jeśli tak, to…

- Wstawaj, trzeba iść do piekarni, bo znowu będziesz stała w kolejce do południa! -krzyknęła, zanim jeszcze usłyszałam skrzypienie podłogi za ścianą.

- Tak, tak, ciociu - mruknęłam, ale nie miałam najmniejszej ochoty wyściubiać nosa spod kołdry. Tym bardziej, że ciotka mogłaby wziąć przykład z babci i upiec chleb sama.

Ciotka jest kosmetyczką. Ma swój własny zakład, który musiała zamknąć w ostatnim czasie. O ile potrafi zrobić paznokcie jak ze snów, a jej mieszkanie wygląda nie mniej baśniowo, to bycie panią domu wychodzi jej niezwykle niezgrabnie. Ciotka kocha swoją pracę i w gabinecie spędzała dotychczas całe dnie. Ma dwójkę dzieci: Grzesia i Marysię, obydwoje chodzą do szkoły podstawowej. Zwykle zajmuje się nimi opiekunka, która przy okazji dba o to, żeby w domu zawsze było coś ciepłego do jedzenia. Nie przychodzi do nich już od miesiąca.

Zakupy zawsze robił wujek Tadek, który jest nauczycielem historii w Kochanowskim. Pracuje w szkole na pół etatu, więc jest bardziej mobilny od swojej żony, która potrafi wyjść z domu, gdy dzieci jeszcze śpią, i wrócić, gdy światło w ich pokoju już dawno jest zgaszone. Wujek pojechał do swojej rodziny w Szwajcarii pod koniec lutego, bo jego siostra urodziła córkę. Chciał odwiedzić świeżo upieczonych rodziców, utknął na kwarantannie.

- Nie gadaj! Ale ty masz sny!

- Żeby tylko sny. Przez to siedzenie w domu nam wszystkim brakuje piątej klepki.
Siedziałyśmy z Anką na balkonie i piłyśmy pierwszą tego dnia kawę. Poniedziałek nie zapowiadał się ani wyjątkowo dobrze, ani szczególnie źle. O ósmej rano nie widać było żywej duszy i to wcale nie było spowodowane niską temperaturą na zewnątrz. Wszyscy przenieśli swoje biura w domowe zacisze. Nie ma już eleganckich jegomościów rozmawiających przez telefon o nowych projektach, nigdzie nie słychać też bawiących się dzieci.
Miasto opustoszało.

Właśnie trwa rozdzielanie dzieciaków i dorosłych po pokojach.

- Jasiek, dzisiaj masz lekcje tylko do 12.00, będziesz w pokoju z tatą… tylko nie umawiaj się z kolegami, tatuś ma o 13:30 zebranie w firmie… dzisiaj nie muszę mieć włączonej kamerki, więc mogę usiąść przy stole w kuchni, ale mam tak dużo pracy… Dziewczyny, zrobicie obiad?

- Mamo, a co z nami?

- Musicie się podzielić, macie do dyspozycji duży pokój i korytarz.

- Co zrobić na obiad?

- Wymyślcie coś, mam telefon!

Postanowiłyśmy wrzucić na patelnię wszystko, co znajdziemy w lodówce, i zmieszać to z makaronem. W czasie, gdy mama rozmawiała z kimś ważnym przez telefon w pokoju, usmażyłyśmy cukinię z papryką i kurczakiem i udusiłyśmy to razem w sosie pomidorowym. Pachniało przyzwoicie, ale wyglądało już dużo mniej. Grunt, że nie zginiemy z głodu.

- Rany boskie, nikt nie był z Krokusem na spacerze! - tato zerwał się z krzesła i zaczął szukać smyczy dla psa.

Krokus drzemał na balkonie, upojony świeżym powietrzem zapomniał o potrzebach fizjologicznych.

- Co tak pachnie? - mama wróciła z pokoju, wiedziona przez kuchenny zapach. Spojrzała na zawartość garnka i lekko się skrzywiła, choć nie dała tego po sobie poznać. -Do pracy!

- Gdzie jest ta smycz?! - tato wyrzucił prawie całą zawartość szafy.

- Kochanie, wisi na wieszaku za tobą, odwróć się - spokojnie powiedziała mama, zakładając okulary.

Zirytowany tato przypiął Krokusowi smycz i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami. Oczywiście zapomniał najważniejszej rzeczy.

-Tato, nie wziąłeś maseczki, łap! - rzuciłam tacie przez okno ten jakże drogocenny przedmiot. Jak dobrze, że mieszkamy na pierwszym piętrze.

Tata pożegnał nas burknięciem i skręcił za najbliższym blokiem. Wreszcie ma chwilę czasu, by pobyć sam na sam z własnymi myślami. Jeden Krokus z nas wszystkich nie musi się donikąd spieszyć.

* * *

To chyba dla wszystkich oczywiste, że odkąd nie ma tylu ludzi na chodnikach, to świat zmienił się na lepsze? Tyle brudnych rąk chcących pogłaskać „takiego ładnego psiaka…" - brr, aż wzdrygnąłem się na tę myśl. Dlaczego idziemy tak szybko? Za rogiem stała pani Callovey, nawet nie zdążyłem się przywitać. Dokąd on się tak spieszy?

- Cześć, Krokus! - usłyszałem. Odwróciłem się. Do parku główną bramą wchodził mój przyjaciel.

- Kopę lat, Forest! Jak życie?

- Daj spokój - chciał na chwilę przystanąć, ale jego właściciel szarpnął za smycz i skręcił w lewo. - Oni wszyscy powariowali!

- Wiem coś o tym. Od dwóch tygodni kąpią mnie dwa razy w tygodniu. Nienawidzę kąpania. Kilka metrów dalej zauważyłem Rufiego przy słupie.

-Siema, stary, twoi też oszaleli?

-Wszyscy siedzą w domu i warczą na siebie, ale ni w ząb nie rozumiem w jakim to języku.

Tym razem to ja poczułem szarpnięcie za smycz. Chyba czas wracać do mieszkania. Po drodze mijamy zamknięte sklepy, targowiska, puste autobusy. To dziwne, przecież tą trasą ludzie jadą do zoo. Znowu szarpnięcie - z naprzeciwka zbliżał się człowiek. Przynajmniej mam pewność, że nie będzie chciał mnie dotknąć. Wróciliśmy do domu akurat na końcówkę wiadomości. Właściwie to nie wiem, dlaczego oni to jeszcze oglądają, przecież codziennie pokazują te same rzeczy. To już się robi nudne. Na dźwięk karetki zaczynam wyć i zawsze dostaję za to po głowie.

Nie mogę normalnie pogadać z kumplami, a o zabawach w parku już prawie zapomniałem. W domu też nikt nie poświęca mi czasu, a zamiast tej dobrej karmy dostaję nadpsuty obiad sprzed kilku dni. Świat zszedł na psy.


UKI WŁÓŻ