A A A
  • Marcin Kępa
    Marcin Kępa

OPOWIADANIA POZA KONKURSEM

 

 

 

 

 

 

DYLEMAT
   


W ostatnim czasie moje życie towarzysko-uczuciowe nabrało intensywnych barw. Nie to, żeby wcześniej było z tym specjalnie gorzej tudzież bardzo źle, broń Boże! Jednak teraz absolutnie wszystkie wskaźniki towarzyskości poszły u mnie tak w górę, że umysł mój i ciało pracowały odtąd w pełnej symbiozie, wydzielając istne gejzery hormonów szczęścia (albo - rzecz trochę trywializując - zwykłego, ordynarnego zadowolenia z siebie). Wszystko, przyznam się, za sprawą dwóch pięknych kobiet; wciąż nie wiedziałem, świeżo upieczony przedwczesny emeryt, na którą mam się zdecydować. Za to one wiedziały aż nadto dobrze. Dbały o mnie jedna przez drugą, prześcigały się w miłości, zawsze miały ciepłe słowo i szybko stały się solidnym oparciem dla mojej chwilowej chandry. Nie wiedziały o sobie, więc bezwiednie rywalizowały o mnie w codziennych rozmowach, spotkaniach, przesyłanych na potęgę wiadomościach.
   
Maria i Magdalena - zupełnie jak biblijna jawnogrzesznica w dwóch odsłonach: ciemnej (Marysia była brunetką) i jasnej (druga miała długie blond włosy). A ja? Byłem, hm, cokolwiek rozdarty, jak sosna u Żeromskiego we wrogich mi niegdyś rejonach kielecczyzny. Do Antygony nie śmiałem się, maluczki, porównywać, choć przeczuwałem, że jeśli w porę się nie zdecyduję, dojdzie do nieszczęścia i mogę obie stracić. Któregoś razu zresztą omal na siebie u mnie nie wpadły; uratował mnie sąsiad, który w porę dał znać. To chyba właśnie wtedy zdecydowałem się na ten szalony krok - zaprosić je jednocześnie na kolację, niech dowiedzą się o sobie, niech dojdzie do konfrontacji, choćby ostrej, byleby wreszcie dokonał się wybór...

Zdecydowałem się na kolację w domu. Moje rodzinne miasto od niedawna jakby zamarło, wyludniło się. Wiosna - wciąż zimna - jakoś nie zachęcała do długich spacerów śródmiejskim deptakiem czy wizyt w lokalach. Po nie sprzątanych ulicach walały się foliowe torebki i rękawiczki, rzadcy przechodnie wtulali twarze w kołnierze, patrząc po sobie spode łba. W niczym mi to w sumie nie przeszkadzało. Nigdy nie lubiłem tłoku. Jako stateczny obywatel i mieszczanin ceniłem sobie nade wszystko spokój, który - rzec oczywista - najlepiej skłaniał do refleksji. A ja przecież miałem nad czym myśleć. I wymyśliłem, że jak już Maria i Magdalena spotkają się u mnie, pogadamy o mieście. To będzie swoisty test. Skieruję rozmowę na takie tory, żeby nie mogły się wykręcić - kochają to miejsce czy nie? Wygra ta, która... Zresztą zobaczymy.


   
Zjawiły się obie punktualnie - moja pedanteria była w mieście powszechnie znana i dobrze wiedziano, że nie toleruję spóźnień, nawet u pięknych pań. Magda zaraz zapaliła nerwowo papierosa. Byłem tak przejęty sytuacją, że dym, którego na co dzień nie znoszę, nie przeszkadzał mi w niczym.

- Co robi tu ta pani z papierosem?- Maria miała nieprzyjemnie skrzeczący, trochę metaliczny głos. Na jej zmęczonej twarzy zauważyłem grymas zdziwienia pomieszanego z niezadowoleniem.

- A co - Magda zawiesiła głos - robi tu ta...

- Posłuchajcie - starałem się nadać swojemu głosowi rzeczowy i spokojny ton - zaprosiłem was obie na to spotkanie, bo mam wrażenie, że coś jest nie tak. Nie z wami, broń Boże, a ze mną. Chcę się was zapytać i zdecydować...

- Już chyba rozumiem - po tych słowach Magdy jej niedopalony papieros wylądował w niebieskiej popielniczce z herbem miasta. - Chciałeś sprawdzić, czy istniejemy naprawdę, tak? Czy nie jesteśmy projekcją twojej podstarzałej wyobraźni, awatarami chorej i samotnej duszy...

- Nie kończ - poszła jej w sukurs Maria. Jej wysoki głos drżał nienaturalnie. - Nie warto. Ten człowiek jest straszliwym egoistą, zadufanym w swojej małomiasteczkowości typem, którego można z powodzeniem pokazywać w szkole jako klasyczny przykład patologicznego kłamcy i mitomana. Wymyślił nas sobie w tym samotnym mieście i próbuje nami manipulować. Taką znalazł sobie zabawę. Jesteśmy lekarstwem na jego kompleksy.



- Niech więc bawi się dalej, gra, niech brnie w to ta, ta... kreatura! Ten, pożal się Boże, miejski aktywista, co nigdy nie skalał się żadną poważną pracą, za to roi mu się w tym siwym łbie, że każ...dą...

Magdalena nie dokończyła. W połowie jej perory padł mi Internet i nagle zapanowała przejmująca cisza. Dobrze, że nie wyłączyli jeszcze prądu, bo perspektywa samotnej kolacji przy świecach byłaby już dla mnie nie do zniesienia.

O AUTORZE:


Marcin Kępa (ur. w 1977 r. w Radomiu) - animator kultury, pisarz, regionalista. Absolwent polonistyki UW i zarządzania kulturą UJ. Autor książek Paczka radomskich (z Ziemowitem Szczerkiem), Twierdza Radom, Było nie było. Powidoki radomskie, Sekrety Radomia oraz zbioru Balkony. Siedem opowieści o żydowskim Radomiu. Pisze opowiadania i artykuły do radomskiej "Gazety Wyborczej". Teksty publikował m. in. w ha!art, "Miesięczniku Prowincjonalnym" i ukraińskim periodyku literackim "Granosłowije". Wieloletni pracownik Ośrodka Kultury i Sztuki "Resursa Obywatelska", gdzie kieruje Działem Dziedzictwa Kulturowego. Laureat Radomskiej Nagrody Kulturalnej i Nagrody im. Św. Kazimierza. W latach 2010-2019 prezes Radomskiego Towarzystwa Naukowego.

 

ilustracje: Karol Łukasiewicz