A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Rzeczywistość"

 

 

RZECZYWISTOŚĆ



Dzisiaj od rana jestem na Mazurach, zwiedzam Mikołajki, piję koktajl, patrząc na zachodzące słońce i te piękne widoki, zakochałam się w nich, chcę tu zostać już na zawsze... Bilet kupiłam już dawno, ale w tym roku mi się nie przyda. W tle słychać latynoskie rytmy, chce mi się tańczyć i śpiewać, tak bardzo to lubię, wiatr we włosach i zapach kwiatów. Kto by nie chciał takiej zabawy codziennie? Już wychodziłam na parkiet, jak co rano, kiedy nagle poczułam coś mokrego na nogach…

Sok pomidorowy rozlał się na stół i zdjęcia, zalewając wszystkie moje marzenia. Wystarczył ułamek sekundy, chwila nieuwagi, nieodpowiedzialności i straciłam wszystko, moją radość niepoprawnej romantyczki bujającej w obłokach co rano. Nie stałoby się tak, gdybym uważała bardziej i nie zahaczyła o nogi stołu, ale przecież mam prawo do zabawy, mam prawo do wszystkiego i nikt nie może mi tego ograniczać, przecież jestem wolna i mogę robić, co chcę…

Myślałam, że mnie to nie dotyczy, że tylko innym się to przydarza, że są nieuważni, przecież robię dobrze. Nagle wszystko się skończyło. Spadłam na ziemię i trafiłam do rzeczywistości. Chciałam posprzątać i zatrzeć ślady mojej nieodpowiedzialności, ale zostały plamy na obrusie, a zdjęcia nie dało się uratować, nic już nie widać. Czyżby to moja pycha? Moja nieodpowiedzialność? Czy mogłam temu zapobiec?

W tym momencie przypomniały mi się słowa, które ostatnio słyszałam od ludzi, którzy powinni dawać przykład. Były przerażające…

   
Ktoś by mógł pomyśleć: czyżby zwariowała? Nic bardziej mylnego, to tylko pamięć zapisuje i odtwarza zdanie po zdaniu, jak melodię z ostatniej imprezy, która zszokowała uczestników. Miało być przecież inaczej, miało być miło i sympatycznie, a jest melodia przerażenia i smutku… Czyja to wina?
   
To rzeczywistość zapukała z królem na czele. Przyszedł niespodziewanie, koronę założył i się panoszy, Pan Wirus. Niewidzialny, niesłyszalny, ale odczuwalny, każdy przed nim strach czuje i boi się, bo bez dostatecznej ochrony może go spotkać najwyższa kara. Ale są odważni wojacy, co mimo strachu, bój toczą z racji zawodu i powołania. W szpitalach walczą o każdego bezbronnego, chorego i opuszczonego. Pytanie, czy im zazdrościć odwagi, czy współczuć, że toczą walkę przeciwko samemu Królowi Wirusowi. Broń mają sztywną, rękawice, przyłbice, kombinezony, jak zbroja, tylko że za nowych czasów. Mówią, że to  anioły, waleczni rycerze, a za plecami uciekają, jak ich widzą, z obawy, żeby się nie zarazić i tylko pytają z uśmiechem na ustach: czy jeszcze żyjesz? Czy jeszcze jesteś zdrowy?
   
Nie pomyślą jednak, że to dzięki nim tak naprawdę wszystko funkcjonuje, bo żaden z pytających i czasem niestety drwiących nie chciałby stanąć przy łóżku chorego. Łatwo gadać, jak się jest po drugiej stronie, jak się siedzi w domu albo jak jeździ się tylko do pracy i sklepu, będąc pewnym, że dzieci w domu są bezpieczne. Pytany odpowiada, że nie zna się na tym. Kto by narażał sam siebie w tym ohydnym świecie dla drugiego człowieka? Nieliczni wojacy...

Siedzę kolejną godzinę i tak myślę o sytuacji, która jest, o tym, co los zabiera i daje. Różni ludzie, znajomi i obcy, podejście podobne, mam wolność do wszystkiego, czyż nie gwarantuje mi tego konstytucja? W sumie teraz to się nazywa: inny punkt widzenia…

Czyż nie każdy ma do niego prawo? Ktoś by powiedział, ile tyłków na siedzeniach, tyle punktów widzenia…
   
Pani z biura waży losy życia i śmierci przy kawie rozprawiając, że ten młody człowiek będzie miał lepiej, nawet jak straci rodzica, jak sam zostanie. Dodaje, że przecież jest dorosły, a ona, kobieta w kwiecie wieku, osieroci dziecko, choć ma rodzinę, ale bez mamusi nie da rady.
   
Pan obok, kierowca z zamiłowania, swój wóz myć musi, bo o piękno trzeba dbać i tylko myjnia potrafi to zapewnić, bo sama ścierka na podwórku za wiele nie zdziała. Przecież samochód ma prawo mieć piękny i czysty i żaden król mu w tym nie przeszkodzi, ma swoją wolność, a przecież uważa i nosi maseczkę, a to jest niezbędna potrzeba do życia.
   
Sąsiadka opowiada, że maseczka nie pasuje jej do stroju, ale nosi ją jedynie dla przepisów, bo przecież jest porządną obywatelką i poświęca się dla przepisów, a nie dla siebie. Ofiarna kobieta…

Nie jestem na ich miejsca i nie wiem, co bym powiedziała, jakbym była nimi, być może to nieodpowiedzialność i grzech, czy może po prostu ukrywanie strachu i kreowanie dobrego wizerunku? Nie powinnam ich oceniać, bo sama nie jestem idealna, choć czasem trudno nic nie myśleć o ludziach, jak złość wzbiera i strach bierze górę. Życie to samozweryfikuje, każdą postawę…

Założyłam maseczkę, rękawiczki i poszłam do pracy, jakby się nic nie stało, niby zwykła codzienność, a jakże inna w czasach pandemii. Wracając, dostałam esemesa: co słychać, jak się czujesz? Już drugi raz w tym tygodniu... Znów to samo, kolejna wiadomość, kolejna przedłużająca się rozmowa, pomyślałam. Mam tyle zajęć, a w ogóle nie chce mi się już gadać, ileż można, ciągle ktoś pisze, limit wyczerpany. We wszystkim istnieją granice, nie znamy się dobrze, a tu już drugi raz…

Wróciłam do domu, ale telefon cały czas wibrował, esemesy przychodziły, odpisywałam ludziom, aż do obrzydzenia. W końcu odpisałam i jemu, już niech będzie, pomyślałam… prawie się nie znamy, ale żeby nie było, że olewam ludzi.  Zastygłam z telefonem w ręku na kilka godzin, niechęć nadal się utrzymywała, ale łzy płynęły mi do oczu, kiedy to czytałam. Nie miał z kim pogadać, kwarantanna w domu, z dala od rodziny, członek rodziny pracuje w szpitalu. Normalna sytuacja, przecież panuje pandemia, ktoś ratuje, to ktoś siedzi w domu, naturalna kolej rzeczy. Ale czy aby na pewno? Zostawiony sam ze strachem i obawą przed utratą wszystkiego, już nie może wytrzymać w domu, myśląc o tym wszystkim… Prawie go nie znałam, oceniałam, a byłam jego ostatnią deską ratunku. Czasem tak niewiele trzeba w tym ciężkim czasie, zwykłej rozmowy, zrobienia zakupów starszej osobie, poświęcenia chwili czasu rodzinie. Spadłam w otchłań ciemności duchowej… Dla mnie jedynie rozmowa, jedna z wielu, a dla niego jakże wiele. Był wdzięczny za zwykłe słowa otuchy, jakbym mu podarowała bilet na lot na Mazury, które mnie dawały tyle szczęścia, choć jedynie we wspomnieniach…

Odpisywałam i odpisywałam. Nie mogłam się oderwać od telefonu, zaczęłam sama pisać. Poznałam wartościowego człowieka, jego pasje, zainteresowania, którego na wstępie skreśliłam za jego dobre chęci i bezbronność. Bo nie miałam czasu… Mieliśmy tyle wspólnego, a byłam taka nieostrożna, nieuważna, źle się zachowałam, a przecież jestem wierząca.

W nocy znów nie mogłam spać, długo rozmyślałam… Dzisiejszy dzień był kluczowy w tym dziwnym życiu. Los dał mi naukę, że nie zawsze doceniałam drugiego człowieka, odtrącałam go czasem, a nie zastanowiłam się, że to może być ostatnia rozmowa, moja albo jego. Gdyby się coś stało, czy potem bym żałowała, że byłam taka? Zrozumiałam, że powinnam docenić to, co mam wokół siebie, i ludzi. Cieszyć się, że drugi człowiek zwierzył mi się, bo to oznacza zaufanie, którego tak mało jest w tym świecie, zwłaszcza teraz. Nie każdego trzeba lubić, taki jest świat, ale przynajmniej żeby starać się ich zrozumieć, a może i nawet pomodlić, żeby się przełamać.

Najlepiej wykorzystać to na rozmowę i to, na co na co dzień nie było tyle czasu, docenić, co się ma, a nie ciągle narzekać. Człowiek ma to w naturze, znajduje podświadomie wymówki, żeby ponarzekać na najmniejsze rzeczy, a potem, jak przychodzi naprawdę ciężki czas, tym bardziej się narzeka…

A może właśnie teraz warto zmienić ten nawyk i zacząć się cieszyć z tego, co się ma, bez zazdrości? To walka z zasłoniętymi oczami, gdzie króla nie widać, ale czuć. Ale czy aby wszyscy to czują i są świadomi, że on jest blisko, a szczególnie w tym ciężkim czasie?

Czasem tak niewiele trzeba, żeby wywołać uśmiech na twarzy i uratować od otchłani smutku. Może właśnie teraz warto poprosić domownika do tańca albo uśmiechnąć się do przechodzącej staruszki… Każdy potrafi być, jak jest łatwo, ale w ciężkim czasie zostają obok tylko nieliczni. Ten czas to próba i od tego zależy przyszłość.



BRATEK