A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Raport z zagrożonego Miasta" - ENTASIS

 

 

RAPORT Z ZAGROŻONEGO MIASTA


   
Dawno temu potężny władca zabronił podróżnemu opowiadać o tym, co zobaczył w swojej wędrówce za Wielkim Murem. O królestwie Baktrii. Osadził nieszczęsnego w wysokiej wieży, a gdy po latach, kiedy już wiadomość o istnieniu świata za Wielkim Murem się potwierdziła, długoletni samotnik, uwolniony ze swego więzienia, powtarzał tylko jedno zdanie: „Nie ma królestwa Baktrii!”.
   
Minęły wieki. Wielki Mur, choć ciągle istnieje, już nie dzieli od reszty świata. Ale władcy pewnych obyczajów łatwo nie zmieniają. Lekarza, który proroczo przewidział rozwój wypadków, skarcono. Ale choć pokonany odszedł, milcząc na zawsze, to małe niewidzialne, niemierzalne się wymknęło. I zaczęło się przemieszczać samowolnie „na gapę” szybkimi liniami lotniczymi. Pojechało równie niekontrolowane rozlicznymi ekspresami, biegnącymi po szynach i szosach. Ukryte w zakamarkach luków pływającej floty.
   
Tej opowieści nikomu nie opowiem. Jestem sama. Jak ten więzień wieży milczenia sprzed wieków, z nikim się nie spotykam. Ale teraz słowa można przesyłać pocztą elektroniczną, powierzać telefonom. Zatem piszę. Rozmyślam. Wspominam.

W styczniu otrzymałam od siostry zaproszenie na jej „okrągłe” urodziny, w dniu o frapującym zestawie cyfr, składających się na datę: 02.02.2020. Wiekowa już jestem, zastanawiałam się, czy podjąć taką dość daleką podróż zimą, ale zima tego roku była raczej z nazwy niż aury. Podróż w wygodnym wagonie z miejscem przy oknie pozwoliła obserwować spektakl zachodzącego nad Górami Świętokrzyskimi słońca, a potem pojawienie się plejady gwiazd.

Spotkaliśmy się w dość licznym rodzinnym gronie, do naszych albumów trafiło kilka zdjęć, zostały miłe wspomnienia. Wkrótce po powrocie zaczęły napływać z południa Europy niepokojące informacje o zachorowaniach, wpierw pojedynczych, a potem masowych, o rozszerzającej się epidemii, o restrykcjach i wszechogarniającym lęku. Nie od razu, ale u i nas pojawił się ten pierwszy przypadek, a potem następne. Zamknięte szkoły, zakłady usługowe, placówki kultury. Opustoszałe ulice. Nieliczni przechodnie w maskach. Prawie puste autobusy. I dni niezwyczajnie ciepłe jak na tę wczesnowiosenną porę, piękna, słoneczna pogoda – wabiące by wyjść na spacer, na rowerową przejażdżkę, posiedzieć w miłym towarzystwie na ławce w parku…

Dla osoby samotnej jak ja pozostawanie we własnych czterech ścianach to zwykła codzienność. Zakazy uczestniczenia w spotkaniach, zgromadzeniach, imprezach nie są zbyt dolegliwe. Nie pierwsza przeżywana epidemia. Choć może najrozleglejsza? W 1952 roku kolega z naszej licealnej klasy zachorował na szerzące się wówczas polio. Szczepionki jeszcze nie było. Całą klasę odesłano na dwutygodniową kwarantannę. Do szkoły zabroniono nam się zbliżać, ale nikt więcej się nie zaraził. Kolega też miał szczęście – trafił do zakładu w Goczałkowicach, w którym stosowano skuteczne zabiegi lecznicze i rehabilitacyjne oraz funkcjonowała szkoła. Dołączył do nas po kilu miesiącach w dobrej formie.

Pięć lat później, podczas studiów w Krakowie, miasto przeżywało epidemię duru brzusznego. Może był to tyfus, ale używano mniej deprymującej nazwy? Zabroniono odwiedzin w domach akademickich. Recepcjonistki pilnowały, żeby mieszkańcy przechodzili przez zainstalowane w wiatrołapach płytkie koryta, wyścielone matami nasączonymi jakimś płynem dezynfekującym, a potem moczyli dłonie w podobnym, niezbyt ładnie pachnącym.

Na pewno wielu pamięta także ospę, która zdezorganizowała życie wrocławian w 1963 r. Były przypadki śmiertelne i ciężkie powikłania. Nikt nie mógł wyjechać z miasta bez poddania się szczepieniu – ale szczęściem szczepionka już od dawna istniała. W lipcu, krótko przed wybuchem tej epidemii, pojechaliśmy z dwuletnim synkiem na wspólny urlop do znajomych w Świnoujściu. W połowie miesiąca, na drugi turnus (Fundusz Wczasów Pracowniczych oferował wypoczynek w wymiarze dwóch tygodni) zaczęli przyjeżdżać wczasowicze ze świeżymi strupkami poszczepiennymi. Mój małżonek zamartwiał się z powodu obawy o zdrowie naszego małego synka. Mniej o nasze. Uspokajałam, że przecież z chorymi nie mieliśmy bezpośredniego kontaktu, a malec był szczepiony rok temu, więc pewnie jest z nas trojga najlepiej zabezpieczony. Wkrótce ognisko zakażeń wygasło i nie pojawiło się więcej.

Teraz media codziennie podają liczby chorych, zmarłych, ozdrowieńców. Nasz region jest w epicentrum zarazy. Koronawirus. Elegancka nazwa groźnego intruza. W pierwszych dniach pojawienia się tego stworka, którego nie można zobaczyć, apele: pomagać seniorom. Przede wszystkim w zakupach. Żeby nie wychodzili z domu. Potem specjalne godziny na ich obsługę w sklepach i działających instytucjach. Wreszcie maski. Tam skąd pochodzę zwane: larwy. Więc sobie kilka uszyłam. Niebieskie. Ale od początku wychodzę na świeże powietrze (czyli po zaopatrzenie) prawie codziennie. Jak zwykle. Na zapas nie udźwignę. Szczególnie w tej okropnej, przyduszającej masce. Jak to dobrze, że mogę wyjechać na działkę. Sama w samochodzie – bez tej larwy!!! W ogrodzie też jestem sama – ale mogę poplewić, pograbić, coś zasiać lub zasadzić. Ruszać się! Tylko deszcz nie pada. Z dna baseniku udaje się ledwo „wyskrobać” pół konewki deszczówki. Więc może odpocząć na leżaku? Obserwować pierwsze motyle i trzmiele. Posłuchać świergolenia ptaków?

Wieczorne informacje dziennika telewizyjnego podają liczbę kolejnych ofiar. A przed chwilą telefon od szwagra: właśnie urodził mu się prawnuk! Gratulacje. Przyszłabym odwiedzić szczęśliwą mamę i maleństwo z drobnym prezentem, jakimś słodkim smakołykiem, jakąś grzechotką. Ale od wizyt trzeba się powstrzymać, tak jest bezpieczniej. Rozsądnie. Poczekam, aż niebezpieczeństwo minie.

Kolejny wyjazd w plener. Przy takiej pogodzie trudno wytrzymać w domu. Chyba nie tylko ja tak myślę. Na sąsiedniej działce młoda rodzina z dziećmi. Zza płotu słyszę ich radosne głosiki. Harcują na huśtawce, wspinają się na zainstalowane w ubiegłym roku drabinki. Czuję się, jakbym nie była sama. Ale do płotu się nie zbliżam…

Od swojej przychodni lekarskiej trzymam się z daleka. Receptę na drobne, związane ze słusznym wiekiem niedomogi zamawiam telefonicznie i dostaję mailem. Przepisane specyfiki wystarczy odebrać w pobliskiej aptece. Tak działa obecnie świat. Bezdotykowo. Czasem te zdalnie wykonywane czynności są pomocne. Ale czasem skutki wynikające z możliwości stwarzanych przez współczesne osiągnięcia techniczne są niekorzystne. Lotnicze powiązania komunikacyjne, rozbudowane szlaki kolejowe i sieci drogowe ułatwiają szybkie rozprzestrzenianie się niewidzialnych „koronowanych” podróżników na odległe krainy. Tak chętnie przemieszczają się nimi obywatele państw bez granic, bez wielkich murów. I to małe niewidzialne, niemierzalne, którego nie udało się zamknąć w wysokiej wieży. Opanowało cały świat. Na jak długo?

Kilka nudnych dni w domu. Zrobiło się chłodniej, nareszcie kropi deszcz. Szukam ciekawej książki. Codzienne wiadomości zaczynają się rutynowo od liczb: zakażonych, zmarłych, wyleczonych, przebywających na kwarantannie. Dane na dość wyrównanym poziomie. Bez wyraźnego przełomu, z którego można by coś rokować. Szczególnie deprymujące są informacje o zgonach ludzi młodych lub przedstawicieli służby zdrowia. Nierzadkie przypadki… Ale wieczorem w poczcie mam maila: w rodzinie urodził się drugi chłopiec, wnuk siostrzeńca. Odpowiadam spontanicznymi życzeniami; szczęśliwi rodzice mieszkają dość daleko, może kiedy miną obecne utrudnienia – odwiedzę? Kiedy? Gdy będzie siadał, raczkował, chodził? Sztafeta pokoleń. Jedni odchodzą, inni przybywają.

Życie pulsuje swoim rytmem. Nadzieją. Mimo wszystko.



ENTASIS

Radom, 6 maja 2020 r.