A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Raport z zagrożonego Miasta"

 

 

RAPORT Z ZAGROŻONEGO MIASTA



"Piszę tak jak potrafię w rytmie nieskończonych tygodni"



Dzień, którego się nie spodziewałam
   
To już druga godzina matematyki, piąta lekcja z kolei. Było nas około dwudziestu osób i niewielu chętnych do nauki. Tego dnia wszyscy są nieswojo poruszeni. Szmery stale przybierają na sile. Wyobraźcie sobie osiemnastolatków grających w głuchy telefon. I gdy ten złożony z dwóch słów szyfr dociera na koniec, klasę rozrywa pisk: - Odwołują lekcje!!! Z sal wylewa się spójna, wiwatująca masa uczniów. Już wtedy wiedziałam, że to ten piękny dzień, w którym uniknę kompromitacji pod tablicą. Euforia nie trwała jednak zbyt długo – z tłumu wynurzają się pierwsze obawy. Zostaniemy uziemieni.
       
Skoro dwa tygodnie mam spędzić w domu, przyda się jakaś przyjemna lektura. Pierwszy raz biblioteka wygląda tak wyraziście. Nie sądziłam, że te słynne PRL-owskie kolejki na przestrzeni tygodni na nowo staną się normalnością. I zaczynam próbować pisać, bo inaczej tego nie uwiecznię. Już teraz, w pierwszych kilku godzinach, gdy uczniowie ewakuują się do domów, telefon nieustannie wibruje mi w kieszeni. W autobusie rozglądam się po znajomych twarzach, wszyscy są zdezorientowani.

Tydzień pierwszy
   
Miasto chyba spodziewa się apokalipsy. Dla wielu z nas to naprawdę graniczy z końcem świata. Robi się dziwnie pusto i cicho, bardziej obco. W jednej chwili ktoś zamraża naszą rzeczywistość. Stajemy się monotematyczni, przewrażliwieni. Siedzimy i czekamy, niekoniecznie wiedząc na co. Jesteśmy rozmontowani. Każdy wypadł z torów i nawet jeśli nie były najlepszej jakości, to jakoś dawały radę. Były stabilne i to najważniejsze. Teraz jedziemy na oparach z otwartym silnikiem. System zawodzi, więc co dalej? 
   
Oglądam wiadomości, wiadomości, wiadomości i jeszcze raz wiadomości. Coraz więcej wiadomości. Nie tylko ja nerwowo odświeżam dane dotyczące liczby zachorowań. Nie tylko ja zastanawiam się - jak teraz będziemy żyć?

Tydzień trzeci
   
Nikt nie wynurza nosa bez potrzeby. Szał gromadzenia zapasów przeminął, lecz wciąż, a może nawet bardziej niż dotychczas, stojąc przed sklepem nikogo nie opuszcza strach. Mogę wyjąć chusteczkę lub kaszlnąć, czy lepiej nie? Czy na pewno dobrze się czuję? Może stanowię zagrożenie dla otoczenia? Przytłaczające widoki zmęczonych oczu (więcej nie widać - nakładamy maski, pozbywając się przy tym metafor). Dom staje się azylem.
   
Rozdrażnieni z nosami utkwionymi w szybę. Policjanci krążący między mieszkaniami, opustoszałe chodniki na osiedlach i ptaki wracające zza morza. Kto by pomyślał, że tym razem świat wiosną zapadnie w stan hibernacji.
   
Tydzień czwarty
   
Obserwuję, bo nic więcej mi nie zostało.
   
Zachowując pozory poruszamy się po omacku. Nawet jutro staje się wątpliwe. Tłumiąc narastającą panikę, łamiemy się wpół. Żyjemy połowicznie. Trochę świeżego powietrza przez uchylone okno, ruchu na dywanie, zdalnej, niekoniecznie efektywnej pracy. Zwiedzamy nawet pół świata w ciągu doby dzięki przeglądarce Google. Niektórzy z nas mają przywilej posiadania psa, więc prowizoryczny spacer również wchodzi w grę. Kilka przerwanych w połowie słów podczas prawie rozmowy (telefonicznej). Tak właściwie nie wiadomo, o czym wypada teraz mówić. Nawet motywacyjne teksty rodzą obiekcje. Wpadamy w wir wirtualnych przeżyć bardziej niż kiedykolwiek i wciąż, bardziej niż kiedykolwiek, dopada nas poczucie osamotnienia.

"co noc staję boso przed zatrzaśniętą bramą mego miasta"

   
Tylko po zachodzie słońca, gdy z oddali migoczą do nas lampy, mamy jeszcze jakąkolwiek nadzieję na kontakt ze światem. Cisza i pustka nie jest wtedy tak przejmująca. Tygodniami zamieszkujący głowę demon odpuszcza i opuszcza nas. Nocne mary nie są już prawdziwym horrorem. Męka zaczyna się o wschodzie, gdy nie sen, a słońce spędza sen z powiek.

Tydzień piąty
   
Każdy kolejny dzień obnaża nowe słabości. Okazuje się, że tak naprawdę nie umiemy żyć w społeczeństwie. Zabiegani, stale kontrolujący wskazówki zegara. Teraz to czas dyktuje warunki. Mimo hasztagów: "zostań w domu" wywieszamy białą flagę. To nie tak, że jesteśmy rozważni i świadomi powagi sytuacji. Nie wiemy nic, bezustannie karmiąc się statystykami ze świata o liczbie zachorowań, czy niedostatku środków ochrony. Sfrustrowani, omamieni, a może po prostu znudzeni. Obijamy się w czterech kątach, bez wizji zmiany. Nie mamy wyboru – składamy broń, a wiosenne buty w tym roku zostają w szafie.

Tydzień szósty
   
Nie sądziłam, że nasi dziadkowie będą pokoleniem ze smartfonem w ręce i rozmów wideo. No cóż, stało się. Okres świąt spędzamy w innych województwach, ograniczając się do elektronicznych pozdrowień. Boli, prawda?
   
Odwiedzają nas tylko kurierzy oraz służby bezpieczeństwa. Niesamowite szczęście móc wymienić z obcym człowiekiem przynajmniej kilka zdań. Niegdyś powitanie listonosza krótkim: "dzień dobry!" graniczyło z cudem.
 
Przestaję już liczyć tygodnie, nie ma sensu zaglądać w kalendarz
   
Każdy eksploduje osobno. I choć wysyłamy sobie uśmiechnięte emotikony, smutek rozchodzi się liniami energetycznymi w promieniu kilku kilometrów, włamując się bezwstydnie przez dziurawy cień. Pulsujące natrętnie myśli: "Do czego zmierzamy i kiedy skończy się świat?" nawiedzają nawet największych optymistów. Ich życia wywracają się do góry nogami, a oni wciąż, udając baletnicę, z gracją demonstrują piruety.
   
Jak brzmi głos moich nauczycieli? Nie pamiętam. Może miejski gwar? Też nie pamiętam, zresztą teraz raczej nie istnieje. Ile minut zazwyczaj spóźnia się mój autobus? Nie pamiętam, nawet nie wiem, czy teraz jeździ.
   
Obawiam się, że zapomnę jak funkcjonować. Obawiam się, że wszyscy ubierzemy zbyt grube pancerze. Obawiam się, że… no właśnie, czego tak właściwie? Poczucie zagrożenia przeszywa nas na wskroś i nie sposób od siebie uciec. Jakby kat stał u twojego boku każdego dnia, lecz nigdy nie podniósł ręki. Wizja śmierci staje przed nami i patrzy prosto w oczy. Obawiam się obłędu, choć prawdopodobnie właśnie o nim piszę.
   
Urwę tutaj te zapiski o mieście, o nas, o tym co trzymałam w głowie. Zaraz maj. Ludzie pod przymusem nakładania maski wychodzą na spacery. Jeżdżą rowerami, urządzają pikniki, jedzą lody. Zupełnie tak, jakby zapomnieli o koszmarze sprzed tygodni. Udają beztroskich i zadowolonych, a zakryte twarze zwalniają z konieczności uśmiechu. Może świat już się nie kończy, tylko rodzi na nowo? A może to dopiero początek apokalipsy wiszącej nad naszymi głowami? Jest coraz cieplej, na drzewach pojawiają się zielone liście i wszystkim jakby trochę bardziej chce się żyć. Telefony też świecą się rzadziej. Miasto coraz krócej bywa pozbawione blasku. Zaczynamy planować, co zrobimy, gdy nasze ulubione miejsca znowu zostaną otwarte, które z muzeów musimy zwiedzić na żywo i na jaki spektakl się wybrać. Z kim spotkamy się w większym gronie i o czym będziemy rozmawiać. Lecz między tymi wszystkimi frazesami, przy każdym dotknięciu za klamkę drzwi wejściowych naszego tymczasowego schronu w głowie znów kiełkować będzie myśl o potencjalnym zagrożeniu. Wpadamy w błędne koło spragnieni przytłaczającej nas niegdyś wolności. Zło nie śpi, po prostu nie poznaliśmy jeszcze wszystkich jego twarzy.



JK