A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie "Okno na podwórze"

 

 

 

 

OKNO NA PODWÓRZE



Dziś rano widziałem błękit nieba. Jednoznaczny, pewny, silny i jasny. Zakwitła też niewielka magnolia, delikatna, wiotka, z różowymi kwiatami w białych kielichach. Czekała do kwietnia. Przeżyła jesień i zimę. My razem z nią. Jest samotna, wokół tylko krzewy iglaste i nieco trawy. Teren pomiędzy domami kontrolują niskim lotem ptaki. Głównie gołębie, wróble, gawrony, sroki i kawki. Te ostatnie są niezwykle czujne, wrażliwe i delikatne. Jakby chciały dopilnować porządku w czasie nieporządku i niepewności. Magnolia daje siłę. Wspomaga ludzi zapachami i kolorami, ptakom daje ochronę, nieco cienia i pokarmu. Nie tyle co stary orzech podparty żywopłotem rosnący parę metrów dalej. Ostatnie słoneczne dni pozwoliły wyzwolić się przyrodzie z szarości. Kraków rozświetlił się blaskiem, wyciszył, spokorniał. Stał się niezwykle czysty, idealnie, sterylnie, perfekcyjnie wręcz pozbawiony śmieci, pyłów, kałuż i szkła z porzuconych, rozbitych butelek, z których już dawno wypito wszystko, co można było. Bez potrzeby, w jej największym natężeniu lub wbrew. Gdy przechodziłem ulicą, drzewa wydawały się osamotnione. Ptaki odleciały. Wiewiórki już nie skakały wesoło po pniach topól i brzóz. Nawet ustało brzęczenie pszczół i zbiorowe przeloty natrętnych much.

Zwierzęta wiedzą więcej niż my. Teraz dopiero dostrzegam, że mają duszę, intuicję i rozwinięte wszystkie zmysły. Może dlatego, że nad tym pracują. Są częścią przyrody ożywionej, mądrej i wiecznej. Nie tak jak my. Wszyscy też czekamy na to, co się wydarzy. Albo nie wydarzy. Ten świat, jakim go znamy, do tego zmierzał… Czy tego świata było za dużo? Może to Człowiek kurczył się i malał, poszukując jedynie materialnego odniesienia swojego istnienia? Teraz dominuje dusza nad powłoką cielesną, której dotyka choroba.

Chorobą dotknięte są też społeczności. Ich model życia skierowany na nieustanne przetwarzaniu dóbr i dostarczanie ich, by konsumować. Nie przeszkadza w tym system wierzeń i percepcji. Potrzebna jest tylko redukcja zdarzeń do wymiaru ekonomicznego.

Obecnie pieniądz nie zniknie. Zapotrzebowanie na pracę też. Każdy będzie chciał mieć jeszcze bardziej niż dotychczas własny dom, ogród i samochód. Granice nie przesuną się ani o metr. Czy zatem sytuacja epidemii jest zagrożeniem? Naturalnie tak. Grozi każdemu, kto przestanie myśleć społecznie i wspólnotowo.

Jedyne co możemy teraz zrobić, to wpatrywać się w horyzont czasu nie tylko prognozując zmiany, ale także obmyślając nowy świat. Świat o nowych regułach gry ekonomicznej, stosunków społecznych i gospodarczych.

Jedyne co możemy teraz zrobić, to pozbyć się przesądów, wróżb i marzeń. Wrócić do sowich przyzwyczajeń i na powrót stać się dziećmi. Dziećmi natury. Tej, która jest w nas i powoduje, że egoistycznie szukamy wiary, nadziei i miłości. I tej, która nas otacza, budując w naszych wnętrzach lustrzane odbicie piękna przyrody.

Moi sąsiedzi nie wychodzą na balkony, nie chodzą zbyt często na zakupy, nie czytają wielu książek i gazet. Słuchają muzyki Straussa, Bacha i Vivaldiego. Wpatrują się w czyste okna i patrzą na puste ulice i coraz brudniejsze samochody parkujące obok trawników jaśniejących świeżością zieleni. Wierzą, że czas pozwoli im wrócić do niektórych przyzwyczajeń. A niektóre będą musieli porzucić i zmienić na zawsze. Lecz czy będą innymi ludźmi? Czy odebrane im zostaną ciało i dusza? Czy zniknie z planety Ziemia ślad Człowieczeństwa?

Zrobiłem porządki, jak wszyscy. Chodzę do pracy, jak niektórzy. Pozbyłem się złudzeń i wątpliwości. Przestałem patrzeć w ekran telewizora. Czytam proroctwa Izajasza i Jeremiasza oraz myśli Konfucjusza i Talmud, dla kondycji psychicznej. Oglądam ikony Nowosielskiego, dla poprawy wzroku. Jem owoce i warzywa, dla smaku. Robię częściej pranie, dla higieny i estetyki.

Znacznie częściej obmywam ręce.

Znalazłem w tym przyjemność. W Wielki Czwartek pomyślę o tym, jak klęczący Chrystus obmywał nogi uczniom. Całe popołudnie będę myślał o Wielkim Piątku i Świętach Wielkiej Nocy, które nieodmiennie nas zmieniają…

Dopiero wtedy uświadomimy sobie nasze miejsce w świecie, którego nie rozumiemy do końca. Dopiero wtedy uświadomimy sobie, że życie można zacząć od początku. W każdym momencie.

Nasze lęki, uprzedzenia i mitologie ukazały nam siebie samych, jak Adamowi i Ewie w rajskim ogrodzie, w sytuacji grzechu pierworodnego. Teraz jest to stan epidemii. Stan niepewności. Redukcji, stagnacji i obserwacji. Stan rozliczenia posiadania i stan podsumowania.

Być może niektórzy porzucą domy na zawsze, niektórzy wrócą jak ptaki do gniazd do rodzin, dawnych miłości, małych szczęść i przyjaźni. Znów staną się egoistami na miarę możliwości. Znów będą chorować i zmartwychwstawać. Aż do następnej epidemii, zarazy, wojny…

Być może jest to czas najlepszy, by poświęcić się cichej refleksji nad pokojem duszy i ciała. Nad znaczeniem wypowiadanych przez nas słów. Nad wagą myśli, które nas toczą. Wtedy odkryjemy, że stan epidemii ma także wymiar wewnętrzny. A wtedy nasze sny będę jeszcze bardziej niespokojne.

Na naszych oczach burzy się kolejna cywilizacja, która nas stworzyła na podwalinach historii, nauki, postępu, wiary, nowoczesności i rozumu. Na naszych oczach dokonuje się przemiana każdego z nas. W diabła… anioła… Boga… bożka… nowego człowieka w nowych czasach? Kto to wie.



PARAPAETAKAREOKAE