A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Gdzie mieszka zaraza"

 

 

 

GDZIE MIESZKA ZARAZA



Nogi opięte ciasną spódniczką chodziły Grześkowi cały dzień po głowie. Zanim wyszedł z domu, patrzył w lustro chwilę dłużej niż zwykle. Najpierw zaczesał włosy na prawo, potem na lewo, a potem znowu na prawo. Założył białą koszulkę od matki, niby elegancką, ale w granicach normy. Dzień był ciepły i przyjemny, na przekór wszystkim hasłom apelującym o pozostanie w miejscu zamieszkania. Grzesiek bardzo pragnął znaleźć się w domu, tylko że nie swoim. Ankę poznał na imprezie, chwilę przed tym całym szaleństwem związanym z koronawirusem. Jej kocie spojrzenie wpadło mu w oko, co zaowocowało długimi rozmowami na Messengerze. Postanowili się spotkać w jej mieszkaniu, by polubić siebie inaczej niż na Facebooku. Grzesiek szedł sprężystym krokiem, jakby motyle, które zalęgły się w jego brzuchu, lada chwila miały się obudzić i unieść go do nieba. Tak chodzą zakochani chłopcy. Z zamyślenia wyrwał go donośny krzyk, który stłukł jego różowe okulary. Grzesiek przystanął, po czym rozejrzał się wokół siebie. Po prawej stronie ujrzał zarośla zmienione w wysypisko śmieci. To stamtąd wydobywało się wołanie o pomoc. Przez chwilę wahał się, co robić dalej. W końcu doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy nie jest tchórzem, więc postanowił pójść sprawdzić, co się dzieje, by później móc opowiedzieć Ance o swojej niebezpiecznej przygodzie.

Wszedł w gęstwinę, podążając wydeptaną ścieżką. Przez chwilę obawiał się ubrudzenia swojej białej koszulki, lecz ta myśl była jedynie chwilowym przebłyskiem świadomości. Minął potłuczone butelki, spodnie, jednego buta, kanapę oraz telewizor. Znalazł nawet rudego kota, którego próbował nieudolnie przywołać, by zrobić mu zdjęcie, Anka przecież lubi zwierzęta. W końcu zza drzew wyłoniło się obce podwórko. Na środku stała samotna piaskownica z kilkoma łopatkami. Czerwona farba brzydko się złuszczyła na brzegach. Trawa była rzadka, także w wielu miejscach wystawała łysa ziemia. Dalej stała szara kamienica, podtrzymywana przez drewniane belki. Odrapana budowla na oknach miała przybite deski, także sprawiała wrażenie zupełnie ślepej. Po lewej stronie znajdowało się wejście do budynku. Dalej stała czarna stalowa brama prowadząca na ulicę.

Chłopak rozejrzał się chwilę po podwórku, po czym skierował się w stronę bramy, aby jak najszybciej wydostać się z tego miejsca. Wyjął z kieszeni rękawiczkę i założył ją, żeby móc pociągnąć za klamkę. Przez chwilę mocował się z zawiasami. Zamknięte. Stwierdził, że musi wrócić tą drogą, którą przyszedł. Odwrócił się. Dwoje zamglonych oczu skierowanych prosto na niego. Chłopak drgnął. Dwa metry dalej stał starszy pan, uporczywie wpatrując się w Grześka. Mężczyzna był mocno zgarbiony, a w ręku trzymał laskę.

- Dzień dobry – powiedział młody człowiek.

Starszy pan cofnął się w stronę drzwi prowadzących do kamienicy i nie spuszczając wzorku z Grześka, wskazał na nie palcem. Następnie opuścił rękę i położył obie dłonie na lasce.

- Czy mogę w czymś pomóc? – zapytał Grzesiek.

Wtedy starszy pan zniknął w kamienicy, nie zamykając drzwi. Schował się niczym lis w swojej tajemniczej norze, kryjąc przed światem dno kryjówki. Chłopak skierował się w stronę zarośli, następnie prostą drogą poszedł pod adres Anki. Po drodze rozważał, czy postąpił słusznie, tak szybko opuszczając to dziwne miejsce. W końcu ktoś mógł potrzebować pomocy. Przestał mieć wątpliwości, gdy ujrzał obiekt swoich westchnień. Dziewczyna zrobiła się na bóstwo, do którego Grzesiek ostatnim czasem kierował wszystkie swoje modlitwy. Czuł, że z taką kobietą mógłby łapać Pana Boga za nogi. Po krótkiej rozmowie wstępnej Grzesiek postanowił opowiedzieć o swojej przygodzie.

- Kurczę, a co jeśli ten pan jest bardzo samotny? – westchnęła Anka.- Może kup mu jakieś rzeczy czy coś. Sama nie wiem.

- Dla ciebie to ja nawet mógłbym kupić kwiatka.

Anka zarumieniła się. Następnego dnia Grzesiek szedł z kwiatkiem i siatką pełną papieru toaletowego, konserw i makaronu. Przedarł się przez zarośla i stanął przed wejściem do szarej kamienicy. Zastukał. Nic. Zastukał znowu. Nic. Zostawił torbę przed drzwiami i poszedł do Anki. Kilka dni później chłopak znów szedł zobaczyć się z ukochaną. Sprawy układały się coraz lepiej od czasu, kiedy zgodziła się on przyjąć miano „jego dziewczyny”. Serce Grześka rwało się do niej jak pies na łańcuchu do swoje miski. Idąc do domu Anki, chłopak zatrzymał się przed drogą prowadzącą do kamienicy. Postanowił zajść na podwórko. Znów stanął pod wejściem do mieszkania. Siatka z zakupami leżała w tym samym miejscu co wcześniej. Chłopak zapukał. Nic. Impuls okazał się silniejszy od rozwagi i dłonią w rękawiczce Grzesiek otworzył drzwi. Ukazały mu się schody prowadzące na górę. W środku panowała ciemność, więc włączył światło. Wszedł na schody, które skrzypiały przy każdym kroku. Gdy dotarł na górę, spostrzegł dwoje drzwi. Otworzył pierwsze z nich. Znalazł się w mieszkanku, które posiadało nietypowy zielonkawy odcień poprzez charakterystyczny kolor tapet. Wnętrze domu wyglądało niezdrowo. Grzesiek zaczął oglądać stare meble, czując, że robi coś niedozwolonego. Serce biło mu w szaleńczym tempie. Wyciągnął telefon, by uwiecznić ten widok i pokazać znajomym. Pomyślał, że niezły z niego włamywacz. Przeszedł do kolejnego pokoju, w którym były zabite okna. Przez szparki między deskami wdzierały się nieśmiałe promyki słońca. Po prawej stronie stało wielkie łoże. Chłopak podszedł i usiadł na nim. Wtedy ukazała się jego oczom przeciwległa ściana. Było na niej mnóstwo pionowych kresek wydrapanych ostrym narzędziem. Pionowe linie zostały odpowiednio pogrupowane, a gdy uzbierało się ich czternaście, ktoś je przekreślał. Nagle Grzesiek usłyszał trzask zamykanych drzwi. Ktoś przekręcił kluczyk w zamku. Chłopak natychmiast pobiegł do wyjścia i zaczął ciągnąć za klamkę. Na próżno. Wtedy ktoś złapał go za kołnierz i pociągnął do tyłu. Mężczyzna z szaleństwem w oczach przygwoździł Grześka do ściany. Chłopak zaczął się wyrywać.

- Przepraszam, proszę, nie rób mi krzywdy. Zapłacę, zrobię co zechcesz, tylko, błagam, proszę cię – załkał chłopak.

Wtedy mężczyzna splunął mu prosto w twarz, zaśmiał się, po czym rzucił go na ziemię i wybiegł z mieszkania. Grzesiek porządnie uderzył się w głowę, cały świat zawirował mu przed oczami. Otarł twarz, podniósł się i chwiejnym krokiem opuścił lokum. Tego wieczoru, kładąc się spać, rozważał, czy powinien zrobić test na koronawirusa. W końcu tamten szaleniec mógł być zarażony. Nieczęsto zdarzało się Grześkowi czuć cudzą wydzielinę na twarzy, a szczególnie w czasie epidemii. Wiedział, że ewentualnej kwarantanny nie będzie mogła mu nawet umilić jego ukochana. Z tą myślą zamknął oczy. Następnego dnia zbudziły go promienie słońca przedzierające się pomiędzy deskami. Otworzył powieki, po czym ujrzał zielone tapety. Zerwał się z łóżka i jego oczom ukazała się ściana z kreskami. Był w kamienicy z zabitymi oknami. W dodatku drapało go w gardle i po chwili dostał napadu kaszlu. Zbiegł na dół po skrzypiących schodach. Grzesiek nie należał do osób, które umieją trzymać buzię na kłódkę, więc przy następny spotkaniu otworzył się przed Anką. Niepewnie i wstydliwie opowiedział o swojej porannej przygodzie, próbując nadać całej sytuacji żartobliwy ton. Dziewczyna, wielbicielka horrorów podeszła do sprawy całkiem poważnie. Wieczorem Grzesiek zaczął się modlić w myślach, prosząc, by to wszystko okazało się jedynie snem. Długo nie mógł zasnąć, w pewnym momencie stwierdził, że może będzie czuwać do rana i wtedy nic mu się nie stanie. W końcu przyszedł sen. Ranek przyniósł wielką radość. Nadal był w swoim pokoju. Chciał ucałować ziemię z podniecenia. Wziął telefon, by opowiedzieć Ance o głupotach, które mu się śniły, lecz zobaczył, że przyszła od niej wiadomość. Gdy ją przeczytał, osłupiał. Powoli odczytał wiadomość na głos, tak żeby treść w pełni do niego dotarła.

- Grzesiek, jestem w tym mieszkaniu w kamienicy. Obudziłam się tutaj. Boję się. Czuję dziwne drapanie w gardle i chce mi się kasłać. Po co wczoraj mi dałeś napić się ze swojej butelki? Zaraziłeś mnie!

Chłopak westchnął. Zapowiadał się długi dzień.



NIEWAŻKA WAŻKA