A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Dwa dni przed pojutrzem"

 

 

DWA DNI PRZED POJUTRZEM



Otwieram oczy. Czoło oparte o zaparowane okno. Jak długo już jestem na nogach? Nie mam pojęcia. Czas zatrzymał się dla mnie dawno temu. Zupełnie jak cały świat.

Za oknem widok na puste podwórko między kamienicami. Zwykli przesiadywać tam plotkujący emeryci i bawiące się dzieciaki. Teraz nie było już plotkarzy. Nie było dzieci. Nawet spacerujących wieczorami zakochanych par czy ludzi wyprowadzających psy. Jakby cały wszechświat zatrzymał się bądź zamarł.

Porankami można było zobaczyć ludzi idących do pracy, lecz były to pojedyncze przypadki. Musieli czuć na sobie wzrok osiedlowego "monitoringu", szepczącego sobie pod nosem, że to właśnie ci pracujący przywleką to świństwo do ich kamienicy. Na pewno zrzędzili sami do siebie godzinami, że jeśli wszyscy niedługo umrą, będzie to wina pewnie wszystkich, tylko nie ich. Inni natomiast powtarzali słowa usłyszane z jedynego dla siebie okna na świat w obecnej sytuacji, tak przecież wiarygodnej telewizji, pewni, że nie ma się czym przejmować. I znowu pojawia się podział społeczeństwa. A gdzie jestem w tym wszystkim ja?

Wciąż nie do końca dociera do mnie, co się tak naprawdę dzieje. To wszystko przypomina film z apokalipsą w tle. Oglądając coś takiego, można się było śmiać i narzekać, jak bardzo odklejony od rzeczywistości jest świat przedstawiony w kinie. A teraz nie jest już nikomu do śmiechu. Puste ulice, nowe zasady i panika wokół. To kiedyś brzmiało tak odlegle, a teraz dzieje się tu, właśnie teraz, w świecie, w którym żyjemy, i na naszych oczach, a nie na planie filmowym czy kartach powieści.

I tak siedzę, z nogami podkulonym do klatki piersiowej na parapecie przy zimnym oknie. Strach włączyć komputer czy telewizor dla rozrywki, gdy nie chce się słuchać tych wszystkich przygnębiających informacji, które napływają z dnia na dzień. Świadomość, że ofiar jest więcej, niż podaje licznik na pasku wiadomości czy nagłówki artykułów, przeraża mnie. Siedzę z zamkniętymi oczami, nie chcę patrzeć na te puste ulice, próbuję zasnąć, lecz wciąż nie mogę. Nawet spanie nie przynosi wytchnienia, bo każdy następny dzień wygląda podobnie.
Odrzucam wszystkie poprzednie myśli, które zaczęły kłębić mi się nad głową, bo czuję, jak się trzęsę. Oczyść umysł i myśl o czymś przyjemnym, tak poradził mi mój terapeuta. Szybko odrywam wzrok od okna i szukam po pokoju czegoś, co pomogłoby mi zająć moje myśli. Przecieram oczy i łapię głęboki wdech. Patrzę na zegar, jest czwarta w nocy.

Kawa. Szepczę i gwałtownie wstaję, słyszę strzykające stawy.

Idę do kuchni, stąpając bosymi stopami po zimnej podłodze. Nastawiam wodę, a drżącymi rękami sięgam po kubek z górnej szafki i delikatnie stawiam go na blacie. Zaglądam do słoika z kawą, która powoli się kończy. Wizja wyjścia z domu i pójścia na zakupy przyprawia mnie o ból głowy. Wszyscy ci ludzie, patrzący na innych jak na najgorszych intruzów, wywołuje poczucie winy, a przecież mam takie samo prawo być tam jak każdy inny. Spróbuj odchrząknąć, a dostaniesz przynajmniej kilka osądzających spojrzeń.

Odwracam się i jeszcze raz patrzę za okno, widzę pierwsze zapalające się światła w mieszkaniach sąsiedniej kamienicy. Do uszu dociera tylko dźwięk gotującej się wody. Czuję, jak wszystkie złe myśli i scenariusze powoli napierają na mnie. Coraz ciężej mi się oddycha. Nagle słyszę głośny świst czajnika. Szybko wyłączam kuchenkę nie chcąc budzić sąsiadów. Biorę kilka głębokich wdechów, zamykając oczy, by następnie otworzyć je i zalać kawę. Tylko spokój cię ratuje, powtarzam sobie. Jednak to nie pomaga. Zrywam się z miejsca, zostawiając gorący kubek na blacie, i chaotycznie rozglądam się dookoła. Całe mieszkanie zaczyna wirować, a ja ponownie niekontrolowanie drżeć. Boje się. Za oknem zaczyna świtać, kolejny dzień pandemii. Nigdzie go nie widzę, nie mogę znaleźć telefonu, co tylko wzmaga moją panikę. Nagle widzę go na parapecie, no tak, gdzie mógłby być. Rzucam się w jego stronę, lądując kolanami na podłodze, a łokciami opierając się o parapet, telefon trzymając w obu trzęsących się rękach. Zagryzam wargę i staram się wybrać pożądany numer. Wciąż panikuję. W oczach zbierają się łzy.

Dzwoni. Przykładam telefon do ucha. Jeden, drugi sygnał, nic. Trzeci sygnał, telefon zostaje odebrany, a po drugiej stronie słyszę zaspany głos. Czarne myśli odchodzą, a na twarzy pojawia mi się uśmiech.

— Cześć, mamo.



A. Jay