A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Dama z gołębiem - modlitwa ateisty"

 

 

DAMA Z GOŁĘBIEM – MODLITWA ATEISTY


   
Obserwuję go od kilku dni.  Nie może już chodzić, ma mocno wykrzywioną głowę, zniekształcone, zdeformowane ciało. Nie wstydzi się, nie ucieka, nie chowa przed innymi. Pozwala do siebie podejść. On też mnie obserwuje. Robimy to od lat. Celebrujemy wiosenne i letnie poranki w moim ogrodzie, ja pijąc filiżankę gorącej, aromatycznej kawy, on wodę. To nasza zwyczajna, niezwyczajna codzienność. Intymna rutyna. W rozłożonym na stole starym notesie zapisuję swoje myśli. Oczami artysty widzę tę scenę, której nadaję żartobliwy tytuł - „Dama z gołębiem”. 
    
Dziś jest jednak bardzo źle. Jest mocno wyczerpany, słaby, ma trudności z połykaniem i poruszaniem się. Jedynie mocno opuszczone skrzydła pozwalają mu na krótko utrzymać równowagę.  Ze smutkiem myślę, że to ostatnie godziny jego życia.
   
Podchodzę, biorę go na ręce i przenoszę do jednego z najpiękniejszych zakątków mojego ogrodu. Delikatnie, w miejscu, gdzie zaczynają kwitnąć japońskie konwalie, układam wyniszczone chorobami ciało ptaka. Piękne, pękate, białe dzwoneczki egzotycznej rośliny, okryte kroplami porannej rosy, są nad jego głową niczym świetliste  lampiony. Jest początek kwietnia, ogród z każdym dniem nabrzmiewa kolorami i wonią. Zapachy i barwy tłoczą się, za nic mają narodową kwarantannę.
   
„Śmierć jest okrutna, więc przynajmniej miejsce powinno być piękne” – nieproszona, ale jakże znajoma myśl, pojawia się w mojej głowie. Próbuje sobie przypomnieć, kiedy zrodziła się po raz pierwszy? Spoglądam na gołębia. Jest spokojny,  jakby pogodzony z losem. 
   
„Śmierć jest okrutna … ” – uporczywa myśl wraca, a wraz z nią wracam do czasów dzieciństwa i młodości. Widzę siebie, małą dziewczynkę pochylającą się nad kolorowym  motylem, który z zabrudzonymi gorącym asfaltem skrzydłami, uwięziony w smolistej lawie,  resztkami sił walczy o życie. Właśnie w tym dniu ta uporczywa myśl kazała tej małej dziewczynce przenieść umierające zwierzę do ogrodu i położyć na fioletowej kuli kwitnącego czosnku. Pamiętam - piętrząca się w naszym ogrodzie fala lilowych kwiatostanów była ulubionym miejscem wszystkich okolicznych motyli.  Dla nich to miejsce z pewnością było piękne.                                                                                          
   
Czy to ta sama uporczywa myśl kazała temu dziecku już następnego dnia iść do ogrodu i... Tak, widzę  ją, siebie - tuż przy mięsistej łodydze czosnku wbija niewielki,  wykonany z patyków przewiązanych sznurkiem krzyż. Rozmyślam.

- Przestańcie!!! - z czasów dzieciństwa szybko wyrywa mnie jednak mój własny, przerażający krzyk i równie przerażający obraz.
   
Dostrzegam pozostałe gołębie, które podchodzą i, mam wrażenie, zaczynają dziobać  chorego ptaka. Bez chwili wahania podbiegam i płoszę ptaki.

- Przestańcie!
   
Zaczynam mieć wątpliwości. Może ich zachowanie było swoistym pożegnaniem albo nieudolną próbą pomocy. A może, widząc słabość jednego z osobników stada, zwyczajnie chciały go zabić. Podobno społeczeństwo jest jak stado – instynktownie odrzuca odmieńców. Wiem, że nigdy nie znajdę odpowiedzi.
   
Klękam. Unoszę to schorowane ciało zwierzęcia, tulę w moich dłoniach. Nadal bardzo ciężko oddycha. Ostatkiem sił łapie każdy centymetr powietrza. Patrzymy sobie w oczy.  Klęcząc, wypowiadam obco brzmiące słowa - „Boże, pozwól mu odejść, niech tylko nie cierpi”. W ustach ateisty takie słowa, nawet cicho szeptane, wydają się być donośnym  krzykiem. Z chwilą, gdy tylko wybrzmiewa i cichnie ostanie słowo, głowa ptaka opada bezwładnie na moje dłonie. Łzy spadają mi po policzkach. Piękne, białe dzwoneczki konwalii, mimo że jest południe, znów okrywają się małymi kroplami. I znów są niczym świetliste lampiony.
   
Wieczorem, myślę o tych wszystkich ludziach, którzy umierają w samotności w obcych szpitalnych murach, pozbawieni czułego dotyku bliskiej osoby. „Diagnoza Covid 19”,  „izolacja”, „nagłe pogorszenie stanu zdrowia”, „247 przypadków”, „432 przypadki”, „343 przypadki” - suche komunikaty zewsząd płyną strumieniem.
     
-Tak bardzo chcę wierzyć, że Ty, Boże, jesteś przy tych samotnych ludziach.  Podajesz im silne dłonie i przenosisz w najpiękniejszy zakątek niebiańskiego ogrodu. Utul ich w swoich dłoniach - tego wieczoru zasypiam z cicho szeptanymi słowami tej przedziwnej (nie)modlitwy.
   
Rankiem tuż przy ogrodowym stoliku, na którym pachnie aromatyczna kawa,  stawiam sztalugę, a na niej białe płótno. Płótno pokrywam niebieskim odcieniem. To dobry kontrast dla perłowej bieli piór. Wracam do malowania. Przynajmniej mam już tytuł. W międzyczasie w rozłożonym starym notesie robię skrupulatne zapiski moich myśli.          

                                                                          
Czuję, że znów ktoś mnie obserwuje. Robi to od lat. I  nigdy nie przestaje we mnie wierzyć.


   
KORDIA