marcin kępa opowiadanie

Pierwszy odcinek literackiego bloga Marcina Kępy: ZWYKLI LUDZIE, ZWYKŁE MIEJSCAGENERAŁ.

Wiecie, kto to był Generał?

Facet średniego wzrostu, zdrowo po pięćdziesiątce, postury przeciętnej, ani gruby, ani tyczka, o pociągłej twarzy z głębokimi, smutnymi oczodołami. Nosił rzadkie wąsy i małą bródkę. Zawsze chadzał w wędkarskiej kamizelce, z niezliczonymi kieszeniami, z których wyjmował napoczęte paczki papierosów, czasem cybuch fajki albo szczyptę tabaki zawiniętą w jednorazową chusteczkę. Regularnie przesiadywał w tanim lokalu bez nazwy na Stańczyka, gdzie sprzedawano poślednie piwo. Cztery ustawione rzędem drewniane stoły, osiem ławek, przy jednej z nich kominek-atrapa oraz kilka oleodrukowych obrazków na ścianach w plastikowej boazerii. No i drewniane drzwi do toalety. Jeszcze wysoki bar, za którym stały, jako reklama, puste, trochę zakurzone butelki po piwie, dwie paczki chipsów i jedna słonych paluszków. Ot i cały przybytek.

Generał miał swój krąg wiernych wyznawców, wielbicieli – przeważnie pracowników nieodległej poczty na Malczewskiego – którzy obsiadali go jak kurczęta kwokę, kiedy ze swadą opowiadał o Tolkienie, pogmatwanej historii II Rzeczypospolitej, zgładzonych prezydentach Stanów Zjednoczonych i carach Rosji, czy dziejach lokalnych rozgrywek piłkarskich. Tak – bez dwóch zdań był miejscowym guru, lokalnym kaznodzieją, prorokiem mniejszym. Miał tu, tylko na własny użytek, swój specjalny, charakterystyczny kufel z metalowo-srebrnym stelażem; pancerne naczynie nieraz lądowało na podłodze, a mimo to wciąż trwało w stanie niemalże idealnym. Właścicielka baru – kobieta z kasztanową trwałą – trzymała go zawsze na honorowym miejscu, podawała go (napełnionego po brzegi, z dużą pianą) Generałowi z namaszczeniem, gdy ten majestatycznie, z podniesionym wysoko czołem, wkraczał do lokalu witany wesołymi okrzykami. Jeszcze przy barze Generał chciwie zanurzał w piwie swoje rzadkawe wąsy, oddychał głęboko, uśmiechał się i wędrował na swoje ulubione miejsce w kącie sali.

Tak. Taki właśnie był Generał. Miejscowy erudyta i autorytet. Filozof, umiejący dobyć z rozgrzanego gardła zarówno przekleństwo, jak i wyrazy rodem z kilkutomowego słownika wyrazów obcych. Klął zresztą rzadko, sporadycznie, głównie przy okazji cytowania cudzych wypowiedzi. „Izmów” też używał oszczędnie, mając świadomość, że jego interlokutorzy, szczególnie gdy byli już mocno rozluźnieni wypitym alkoholem, nie byliby w stanie przetrawić w swych skołatanych głowach nawet takiego stężenia wyrazów obcych, jakie ma, dajmy na to, alkohol w piwie, nawet tym najtańszym, rozwodnionym. Dość rzec – starannie preparował wypowiedzi. Podobnie jak ich ton, modulowany przemyślnie timbre. Zresztą nie lubił podnosić głosu, wcale donośnego i wcale przyjemnej barwy.

Od jakiegoś czasu Generał poważnie chorował. Chudł i zapadał się w sobie, ale nie tracił fasonu. Nadal opowiadał swoje ciekawe historie, doszły do nich tylko naukowe komentarze co do wyników jego lekarskich badań. No i zaczęły się zdarzać dni, a nawet – o zgrozo – tygodnie, że nie pojawiał się na Stańczyka. Zaniepokojeni listonosze, pozostali poczciarze oraz drobni, przeważnie niewykwalifikowani robotnicy z zaniepokojeniem wypytywali właścicielkę baru, gdzie jest Generał. Ta wzdychała smutno, mówiła że jest w domu, że coraz gorzej, że lekarze nie pomogą, i że…

Od pogrzebu Generała minęło wiele lat. Jego kufel długo stał na honorowym miejscu i nikt z gości lokalu nie miał odwagi, żeby się z niego napić. Aż w końcu zamknęli lokal bez nazwy na Stańczyka i relikwię po Generale szlag trafił.

MARCIN KĘPA