Ten blog chciałabym poświęcić różnym twórcom i ich sztuce, artystom bardziej i mniej znanym, którzy od lat 90. XX w. prezentowali swoje prace w założonej i prowadzonej przeze mnie Galerii „Resursa”.

Kiedyś, podczas jednego z plenerów w urokliwej miejscowości Samborzec (niedaleko Sandomierza), w której (odnosiłam takie wrażenie) gałęzie drzew owocowych wydawały się rosnąć odwrotnie, spotkałam się z określeniem GALERNIK, które padło z ust mojej przyjaciółki Megi, podczas jednej z naszych „wieczerzy dyskusyjnych” – tak nazywaliśmy powszechnie lubiane i zawsze z pełną frekwencją – spotkania „przy banieczce”. To słowo wyjątkowo mi przypasowało, jak to się mówi trafiło w gust, i od tamtej pory na stałe weszło do mojego słownika.

Powodowana tym uczuciem umieściłam je w tytule mojego bloga. Trochę śmiesznie, trochę prawdziwie – ot! zależy od okoliczności i kontekstu. Oczywiście mam na myśli prowadzącego galerię sztuki, lub też czasami nazywaną galerią artystyczną, którą nie należy mylić z szeroką i prężnie działającą siecią galerii handlowych. Oczywiście te ostatnie biją na głowę te poprzednie – frekwencją, szczególnie w weekendy. Świadczyć to może o niezaprzeczalnym fakcie, że jesteśmy społeczeństwem bardziej wyedukowanymi wychowanym w kierunku konsumpcji niźli do sztuki, czy przez sztukę. Cóż?

Aby temu jakoś zaradzić, próbowano też połączenia z gatunku „dwa w jednym” i rozpoczęto wtłaczać galerie sztuki w kubaturę galerii handlowych, ale i tak (jak zauważyłam) gdzie tłumu było najmniej, to właśnie w tych pierwszych. I nie jakość sztuki, czy poziom miały tu znaczenie, ot – po prostu samo życie. A szkoda, bo jest ogólnie przyjęte i naukowo stwierdzone, to sztuka właśnie (czy to muzyczna, plastyczna, tudzież inna) łagodzi obyczaje, a łagodność w obecnych czasach by się przydała nam wszystkim, i to bardzo.

Zostańmy może w tych dywagacjach przy stwierdzeniu, że sztuka zwyczajowo była i jest nadal dziedziną bardziej elitarną, zatem zrozumiałym wydaje się fakt mniejszej frekwencji w tych kilku (w kontekście miasta) świątyniach ekspozycyjnych.

Trudno mi było wybrać osoby i ich twórczość na to niejako inauguracyjne wspomnienie, ale postanowiłam rozpocząć jubileuszem nieżyjącego już artysty fotografika Jerzego Szepetowskiego. Przemiły człowiek, ciepły, uśmiechnięty z dobrym słowem dla wszystkich i o dziwo… o wszystkich. Nigdy nie słyszano, aby z ust pana Jurka padło coś niestosownego czy obraźliwego pod adresem kogoś, nawet wówczas, kiedy niezbyt formalne określenia, czy delikatnie mówiąc krytyka, nasuwały się same. Zatem można po namyśle i z ręką na sercu stwierdzić, że był to dobry, porządny człowiek.

Ale nie tylko – bardzo dobry fotografik, świetny kolega, chętnie słuchany gawędziarz z ogromnym poczuciem humoru i z tej dobrej strony zapamiętany – prezes Radomskiego Towarzystwa Fotograficznego, dla którego fotografia stała się celem i sposobem na życie.

W 2003 roku mijało 50 lat, odkąd Jerzy Szepetowski rozpoczął działalność fotograficzną, i z tej okazji postanowiłam zorganizować jego benefis i razem z Mirkiem Fituchem (pracowaliśmy w „Resursie” w jednym dziale) wystawę jubileuszową „50/50”, czyli pięćdziesiąt fotografii na pięćdziesięciolecie twórczości. To był mój pierwszy benefis, który opracowałam (scenariusz) i prowadziłam, zatem pamiętam go dość dokładnie i z sentymentem wspominam.

Jest piątkowy wieczór w lutym 2003 roku. Na dworze zima, ponad 20 stopni Celsjusza, trudność z komunikacją. Kilka zaproszonych osób z Polski (przyjaciół i kolegów pana Jurka do których dotarłam telefonicznie) nie przyjechało, bo zaspy na drogach i śnieżyce. Zmartwiło mnie to, bo przypadała im rola gawędziarzy o starych dobrych czasach, szkole, plenerach i wieczornych spotkaniach przy absyncie, czy też innych szlachetnych (mniej lub bardziej) trunkach.

Za to w środku „Resursy” ciepło, na sali zwanej Kameralną sporo gości (wszystkie miejsca zajęte), małe, różnorodne w kolorach witrażowe świeczniki na stołach robią dodatkowy przyjemny klimat. Światło reflektorów skierowane na scenę oświetla okazjonalną scenografię, złożoną z umownych drzewek z zielono-złotymi liśćmi, a na samym jej środku stoi oprawiony w ramach i umieszczony na sztaludze portret bohatera wieczoru. Przedstawia on uroczego czteroletniego Jurka ze skrzywioną w dziecięcym grymasie pulchniutką buzią, w krótkich spodenkach, wyhaftowanym fartuszkiem z okrągłym kołnierzykiem i czapeczce, spod której wystaje w nieładzie burza kręconych jasnych loczków.

Nie będę opisywała przebiegu imprezy, bo i nie jest to celem tego bloga, chcę tylko przypomnieć zdarzenia i ludzi, którzy wtedy byli i w towarzystwie których upływało spotkanie. Oczywiście pierwszego wspomnę beneficjenta – Pana Jurka. Szczęśliwy i elegancki zasiada na wyłożonym połyskliwym materiałem krześle, tuż przy swoim portrecie (zamierzony cel zderzenia dwóch czasowych i wizerunkowych światów został osiągnięty). Po chwili dołącza do niego przemiła małżonka – pani Jadzia. Tuż obok siedzą jego znajomi i przyjaciele m.in. Zygmunt Sobień, Mirosław Kowalski, Leszek Jastrzębowski i Paweł Pierściński, któremu udało się po trudach przyjechać z Kielc, syn Wojtek i synowa Dorotka z latoroślą.

Były opowieści, odpowiedzi na zadawane pytania, trochę zdjęć z życia artysty, jego ulubiona muzyka i w prezencie miska (ogromna, aluminiowa, w kolorze kremowym, taka jak do prania), gorących i pachnących pierogów, wniesionych prze nasze koleżanki z administracji zwane „Myszami”, a ulepionych przez panie z zaprzyjaźnionej wówczas z Resursą restauracji „Cechowianka”. Dlaczego akurat takie danie? – jak dowiedziałam się wcześniej, to właśnie pierogi (nieważne z jakim farszem) były ulubioną potrawą naszego bohatera, zwyczajowo zamawianą na plenerach.

Dość oryginalną atrakcją artystyczną, będącą kolejnym prezentem dla artysty, był występ moich dwóch młodych wówczas kolegów: Marcina Kępy i Mirosława Fitucha, którzy przebrani w kolorowe stroje ludowe (spódnice i zapaski) wkroczyli, jak przysłowiowa burza, do sali i… odtańczyli z tupetem (i to naprawdę dobrze), skoczny taniec ludowy Pierwszy z nich w czarnej peruce z warkoczami i wianuszkiem prezentował się świetnie, drugi – dla odmiany w blond peruce z czarnymi wąsami (własne, nie doklejane) – prześmiesznie.

Było jeszcze wiele innych atrakcji, jedne realizowałam zgodnie ze scenariuszem, inne zupełnie spontanicznie, niejako na bieżąco, w zależności od sytuacji.

Pamiętam ten benefis jako świetną imprezę. Było fajnie, interesująco, zabawnie i klimatycznie. Nikomu nie spieszyło się do domów, a pierogów podanych w końcowej części imprezy starczyło dla wszystkich, i to z dokładką – tyle ich było. Jedynie sam beneficjent skarżył się, że w tej uroczystej zawierusze (był rozchwytywany) nie zjadł ani jednego.

Wspominam tamten wieczór z rozrzewnieniem. Nie ma już Pana Jurka…, niedługo za nim odeszła pani Jadzia, umarł także przeuroczy pan Zygmunt Sobień, pan Mirosław Kowalski i Paweł Pierściński. Tak nagle i nieoczekiwanie zmarł Mirek Fituch, nasz kolega z „Resursy”, dzięki staraniom którego mogliśmy wydać wówczas katalog okolicznościowy (wprawdzie czarno-biały, ale zawsze… ). To jemu udało się zdobyć sponsorów na ten cel i przygotować wystawę. Od tamtego czasu pożegnaliśmy jeszcze wielu innych.

Dobrze, że zostały te chwile w mojej i innych pamięci, że zarejestrowane zostały na fotografiach, że został katalog z tamtej wystawy. Te okruchy wspomnień wciąż żyją swoim życiem i powracają w różnych sytuacjach.

Rolą każdego pamiętnika jest uchwycenie tego co ważne dla jego autora, komentowanie czasu minionego, utrwalenie w słowie i obrazie ludzi, zdarzeń, przestrzeni i emocji. Ci ludzie żyli pośród nas, pracowali, przychodzili do Resursy na spotkania, pili kawę lub herbatę, wystawiali swoje prace, mieli jubileusze. Uczestniczyli razem z nami (wówczas pracującymi tutaj) w różnych wydarzeniach. Byli i… myślę, że tylko dzięki naszym wspomnieniom – będą zawsze.

ELŻBIETA RACZKOWSKA