Podwórko z czasów mojego dzieciństwa nie miało bramy. Nie mieszkałam w kamienicy, stąd jej brak. To były solidne bloki zbudowane z cegły; powstały jako jedne z pierwszych na Osiedlu XV-Lecia w Radomiu. Nasze podwórko miało wiele zalet, ale największą atrakcję stanowił schron. Nie huśtawki czy karuzela, na których można się było pobawić głównie w Ogródku Jordanowskim (na podwórku takim jak moje wówczas nie budowano jeszcze placów zabaw), ale najprawdziwszy schron zwany grzybkiem.

Nazwa wzięła się z charakterystycznego kształtu wyjścia awaryjnego ze schronu, który może kojarzyć się właśnie z grzybem. Były to konstrukcje niskie, sześcienne, najczęściej zbudowane z cegły pokrytej tynkiem, wyposażone w metalowe kraty. Takie schrony były powszechnie budowane w Polsce w latach 50. i 60. ubiegłego wieku na mocy obowiązujących wówczas przepisów. Stały się one jednym z reliktów zimnej wojny i symbolem nie tylko polskich osiedli. Dla nas, dzieciaków, były istnym rajem, kopalnią wiedzy, najczęściej tajemnej i niedozwolonej, ulubionym miejscem spotkań, wreszcie – najwyższym punktem na podwórku, z którego urządzaliśmy zawody w skakaniu. Lądowało się w piachu, więc zabawa była fajna. Ze schronu skakali wszyscy – począwszy od najmłodszych użytkowników podwórka, po tych odrobinę starszych, którym imponowało przewodzenie grupie maluchów.

Nikt się przesadnie nie troszczył o bezpieczeństwo bawiących się dzieciaków; wówczas rodziców nie prześladował paniczny strach o to, co może się przydarzyć kilkulatkowi pozostawionemu na podwórku w grupie rówieśników bez ciągłego dozoru dorosłych. Dzieciaki wychodziły z domu z kromką chleba z cukrem i od święta ze śmietaną. Nikogo nie dziwił widok malucha, który jedną ręką stawiał z zapamiętaniem babki w piaskownicy, zaś w drugiej trzymał na wpół zjedzoną solidną kromkę chleba ze smalcem. Nikt nie narzekał ani na brak apetytu, ani na brak pomysłów do zabawy. Wyposażona w plastikowe wiaderko, stawiałam pierwsze kroki w świecie kulinariów. Zrywałam rosnące wszędzie liście babki lancetowatej, które były powszechnie stosowane jako antidotum na wszelkie rany i stłuczenia, i gotowałam z nich, w połączeniu z innym zielskiem lub kwiatami akacji, zupę “Na niby”. Były to wymyślne potrawy, na które składały się niemal wszystkie rośliny będące w zasięgu ręki; na podwórku mieliśmy akację, dwie wierzby płaczące, w których cieniu odpoczywali na ławce starsi mieszkańcy.

Na dobrze utrzymanym, sporym kawałku trawnika porastającego górkę pod balkonami sąsiedniego bloku rosły pierwiosnki, lawenda, chabry, macierzanki, miodunka i cała masa innych roślin skutecznie wabiących owady. Nie wolno nam było tam wchodzić i rzeczywiście nie wchodziliśmy, bo opuchnięte od owadzich ugryzień ręce i nogi skutecznie nas tego oduczyły.

Poza zwykłymi zabawami w zbijaka, w chowanego czy grę w klasy, lubiliśmy przesiadywać pod długimi, zwisającymi gałęziami wierzby. Siedzieliśmy tam jak stado gawronów i opowiadaliśmy sobie historie o duchach i oczywiście o tym, co przydarzyło się przed paru laty braciom Oko. Każdy z nas znał tę historię mniej lub bardziej dokładnie; była przecież przekazywana z ust do ust, czasem zasłyszana przy okazji rodzinnego spotkania lub gdzieś w przelocie wyłuskana z sąsiedzkich ploteczek…

Zdarzenie obrosło legendą i każdy miał swoją teorię opartą na domysłach i niedopowiedzeniach. Bracia Oko – sześcioletni Gienek i rok młodszy Mietek, zwany przez wszystkich Bąkiem (nie będę tutaj wdawać się w szczegóły, skąd to przezwisko się wzięło, dość powiedzieć, że nie towarzyszyły temu miłe doznania), nie mieszkali w naszym bloku, przychodzili jednak bawić się na naszym podwórku, a konkretnie w pobliżu schronu, który już wtedy przyciągał okoliczną dzieciarnię jak magnes. Jednego dnia, nie wiadomo dokładnie kiedy, bo każdy pamięta inaczej, bracia Oko bawili się jak zwykle przy schronie. Wówczas podwórkowym postrachem był mały Kazio, który pomimo przydomku wcale mały nie był. Przeciwnie. Był gruby, ale zwinny i miał mocne pięści. Jak na swoje sześć lat oczywiście. W szybkim tempie wyrastał na rasowego chuligana, niezłego opryszka, który mimo stosownego w jego wieku braków w uzębieniu, już teraz sprawiał paskudne wrażenie. Kaziowi wyjątkowo nie podobali się bracia Oko. Wciąż im dokuczał, zabierał piłkę, z którą jako zapaleni piłkarze się nie rozstawali, podsuwał pod nos zaciśniętą pięść i groził jego rozkwaszeniem, jeśli mu nie dadzą piłki albo drobnych. Bracia mieli dość pogróżek i postanowili zwołać dzieciaki, by naradzić się i coś z tym zrobić. Narada odbywała się w miejscu najbardziej stosownym, czyli w schronie. Cała podwórkowa dzieciarnia upchała się u wylotu, czyli przy grzybku, i zastanawiała się na głos, jak utemperować Kazia. Tymczasem niebo zasłoniły ciężkie deszczowe chmury. Rozpętała się burza, która rozgoniła wszystkich do domów. Zostali tylko bracia Oko.

Deszcz na dłużej zagościł i nie było po co wychodzić na podwórko przez parę kolejnych dni. Kiedy znów zrobiło się ładnie, powróciło nasze podwórkowe życie. Jednak tylko pozornie wszystko było na swoim miejscu; ku naszemu zdziwieniu przez długi czas nie pokazywali się ani bracia Oko, ani mały Kazio. Wreszcie pod koniec lata gruchnęła nie wiadomo skąd wieść, że bracia znaleźli w schronie skarb. To by tłumaczyło, dlaczego nie widzieliśmy ich od długiego czasu, jednak czy to była prawda? No i co się właściwie stało? Czy schron rzeczywiście skrywa skarby i nie odkryte tajemnice? Bardzo nas to nurtowało i zamęczaliśmy pytaniami kogo tylko można było, szukając odpowiedzi. Jednak wyjaśnienia nie znaleźliśmy. Nawet wtedy, gdy na podwórku pojawił się mały Kazio. On też nic nie wiedział o skarbie, ani o tym, co stało się z braćmi Oko. Po latach okazało się, że bracia wraz z całą rodziną nagle wyjechali z miasta.

Mały Kazio, po tym, jak bracia Oko, chcąc się z nim pogodzić i zażegnać konflikt, poczęstowali go landrynkami, ciężko się rozchorował. Okazało się, że cukierki zawierały trutkę na szczury; nie wiadomo jednak, czy bracia Oko zrobili to umyślnie, czy też był to przypadek. Jakoś nikomu nie chciało się dociekać prawdy; goniliśmy już za marzeniami, które wraz z nastaniem kolejnych wiosen, lat, jesieni i zim oddalały coraz bardziej beztroski czas dzieciństwa.

ELWIRA DZIKOWSKA

zdjęcie: Plushy, CC BY-SA 3.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0, Wikimedia Commons