Nie wiadomo, skąd wzięło się to przezwisko, ani kto ją tak nazwał po raz pierwszy. Przyssało się do niej jak pijawka, przywarło, zlepiło się z nią, jakby nigdy nie była niczym innym, jak tylko Belbuchem.

Przychodziła na podwórko, ale nikt nie chciał się z nią bawić. Nie wchodziła do piaskownicy. Nikogo nie zaczepiała, nie wołała za nikim, nikogo nie przedrzeźniała. Po prostu stała z boku ze zwieszoną głową, rzucając niekiedy zaciekawione spojrzenia spod przydługiej grzywki, albo przykucała przy piaskownicy, rozgrzebując od niechcenia patykiem zlepione grudki brudnego piasku. Przypominała bezkształtną masę czegoś, na czym powiewała niezgrabnie uszyta sukienka. Wyróżniała się zwalistą, nieforemną sylwetką, w której wszystko było poskładane z różnych, niepasujących do siebie kawałków. No i ten głos. Gdy się odezwała, z jej gardła najpierw wydobywał się bulgot, a chwilę później nieprzyjemny, niski dźwięk, niemal bas, który brzmiał w uszach ciężko i mrocznie. Można go było jedynie porównać do szkaradnych odgłosów straszydeł z baśni i legend, zamieszkujących grzęzawiska i bulgoczące odrażającymi wyziewami bagna. Na widok potworów dzieciaki uciekają z piskiem. Na dźwięk przytłumionych, mrocznych tonów głosu Belbucha też tak w większości reagowały. Najmłodsi uciekali z krzykiem.

Musiała zdawać sobie sprawę z wrażenia, jakie robił jej głos, bo odzywając się, kuliła jednocześnie ramiona, jakby chciała zwinąć się w kulkę, stłamsić ten okropny dźwięk, schować go przed wścibskimi spojrzeniami, zamknąć w klatce krtani i nie pozwolić mu się stamtąd już nigdy uwolnić. Ci, którzy ją znali, starali się nie pytać o nic. Byli też i tacy, którzy specjalnie dręczyli ją docinkami, wciągając w rozmowę, żeby tylko usłyszeć ten pochodzący najpewniej z otchłani piekielnych upiorny dźwięk jej głosu.

Czasem ośmielała się na tyle, żeby wziąć udział w naszych podwórkowych zabawach w ciuciubabkę, w berka czy chowanego. Z zawiązanym oczami próbowała nas złapać, a my tylko szczypaliśmy ją i uciekaliśmy. Podczas zabawy w berka nigdy nie mogła nikogo dogonić, dlatego ciągle była berkiem.

Jej miejsce na podwórku wyznaczała niewidzialna granica, którą tworzyły linia piaskownicy, murek przy trawniku i cień starej wierzby. Nie ruszała się praktycznie poza ten obszar; zwykle stała i obserwowała nasze zabawy czujnie śledząc każdy ruch piłki, która czasem potoczyła się w jej stronę. Wtedy ktoś wołał: – Belbuch, no, rusz się, podaj, co tak stoisz – wówczas ostrożnie, niezgrabnie i bez pośpiechu schylała się po piłkę, którą podnosząc, zwykle upuszczała. Piłka toczyła się jeszcze dalej, a czekające na nią dzieciaki syczały wyzwiska i ponaglenia. Przeważnie jednak Belbuch był biernym obserwatorem naszych podwórkowych zabaw.

W porze obiadu matki lub babcie wołały nas z kuchennych okien wychodzących na podwórze, żeby przyjść wreszcie, bo już pora. Belbucha nikt nigdy nie wołał. Jak była głodna, szła do domu i zaraz wychodziła z pajdą chleba z cukrem lub bez. Tak jak wszyscy pozostali. Niby niczym się od nas nie różniła, nie była ani bogatsza, ani biedniejsza, nosiła białe, schludne, niepołatane sukienki, ale i tak każdy traktował ją inaczej, jak jakiś balast, piąte koło u wozu, jak coś gorszego. Dzieci potrafią tak źle traktować inne dzieci, kiedy wyczują inność, jakąkolwiek odmienność. Nikt nie zwracał się do niej po imieniu. Chociaż każdy wiedział, że Belbuch to Beata.

W niedzielę dzieci przeważnie nie wychodziły na dwór, żeby się bawić, latać samopas gdzie dusza zapragnie. Niedziela była i jest nadal dniem świątecznym, wolnym od pracy i szkoły. Wtedy nie mieliśmy jeszcze żadnych obowiązków; w tamtym czasie edukację rozpoczynało się w wieku siedmiu lat, a większość z nas nie miała jeszcze sześciu.

W niedzielny poranek w naszym domu panował względny spokój, nikt się nie spieszył, bo i nie było do czego. Kiosk „Ruchu”, gdzie można było kupić papierosy, lufki do papierosów bez filtra, gumę do żucia, świeżą poranną gazetę, pastę do zębów „Pollena” i wiele innych drobiazgów, był zamknięty. W tamtym czasie kioski były na każdym rogu ulicy, wyrastały szybko, jak grzyby po deszczu. Podstawę ich zaopatrzenia stanowił absolutnie niezbędny, acz dość wąski asortyment papierosów. Sporty, giewonty czy damskie to najpopularniejsze marki wyrobów tytoniowych w latach 60. ubiegłego wieku.

Palił każdy i wszędzie. Kto nie palił czynnie, i tak wdychał dym papierosowy, bo palacze, do których zaliczała się również moja babcia Regina, palili bez skrępowania w domach. Rolę palarni odgrywała zwykle kuchnia, w której przy uchylonym lufciku puszczano dymka. Czasem takim miejscem była łazienka. Zwykle jednak palacze palili po prostu przy stole, podczas posiłku. Palili nauczyciele, studenci, okoliczne wyrostki, urzędnicy wyższego i niższego szczebla, pracownicy najemni, sezonowi i pracownicy naukowi. Ci ostatni zwykle siedząc biurko w biurko z kolegami palaczami. Nikomu to nie przeszkadzało, nikt nie wnosił sprzeciwu. Chyba że popielniczki, wypełnione po brzegi, raziły czyjeś poczucie estetyki. Wówczas wyrzucano pety do kosza stojącego w rogu urzędniczego pokoju, powodując smród jeszcze gorszy, niż by to zrobiły palące naraz trzy osoby. Wietrzono, palono i sprzątano w równych proporcjach.

Tak więc niedziela sączyła się powoli i niemrawo. Przez zażółconą firankę leniwie wpadał snop światła. Ciężkie, rozgrzane powietrze powoli zalewało pokój. Wraz z upływem czasu promień słońca zmieniał swoje położenie na drewnianych klepkach podłogi, oświetlając coraz to inny jej kawałek.

Najpierw wstawała mama. Powoli rozkładała deskę, nastawiała żelazko i niespiesznie zabierała się za prasowanie naszych, mojej i siostry, odświętnych sukienek. Były już porządnie znoszone, ale jeszcze nadawały się do użytku. Uszyte z kolorowego kretonu, tak cienkie, że za każdym razem bałam się, że mama wypali w nich dziurę. Sukienki miały batystowe wstążki do przewiązywania w pasie. Były delikatne i sprawiały wrażenie niezwykłej struktury utkanej z nici pajęczych, na którą trzeba uważać przy każdym ruchu, żeby jej nie rozerwać. Wstążki nie były więc prasowane, tylko po upraniu rozwieszane starannie, żeby równo wyschły.

Mama z włosami nawiniętymi na wałki, w podomce w maleńkie główki rumianków i niezapominajek, wyglądała jak gwiazda filmowa. Uśmiechała się zagadkowo znad prasowania i nuciła jakąś zasłyszaną melodię. Nie wiem, co to było, ale brzmiało jak wspomnienie czegoś bardzo przyjemnego, tajemnicy, o której się nie mówi, ale można ją wyśpiewać. Swojej szykownej sukienki w kratkę Mondriana nie musiała prasować, bo była uszyta z nieprzewiewnego i niemnącego się bistoru.

Mama nieźle znała się na szyciu i szyła okazjonalnie, lecz bez wielkiego zapału. Robiła przeważnie drobne usługi krawieckie, przeróbki starych garsonek, nadgryzionych przez mole, sukienek i bluzek wydobytych z zapomnianych zakamarków babcinych szaf. Jej klientkami były wszystkie nasze sąsiadki, które ustawiały się do niej w kolejce zwłaszcza po tym, jak mama sama zaprojektowała i uszyła tę swoją słynną sukienkę w kratę. W latach 60. wielki francuski projektant Yves Saint Laurent, zainspirowany pracami Mondriana, holenderskiego prekursora abstrakcjonizmu, zaprojektował kolekcje sukienek koktajlowych  La robe Mondrian. Pomysł oparty na geometrycznym rysunku linii pionowych i poziomych, które zachodząc na siebie tworzyły wzór złożony z kwadratów i prostokątów, był absolutnym nowatorstwem zapożyczonym do świata mody.

W niedzielę chodziło się na mszę do kościoła, a potem siadało do rodzinnego obiadu. Nie miało wielkiego znaczenia, z czego się składał, ale kto z członków rodziny w nim uczestniczył; najważniejszy był wspólnie spędzany czas.

W niedzielne przedpołudnie Belbuch, ubrany w odświętną sukienkę, wychodził na podwórko. Sukienka była zbyt ciasna, ściśle opinała jej krępą sylwetkę. Jedna podkolanówka ciągle opadała. Czesać się praktycznie wcale nie musiała, bo jej cienkie, proste blond kosmyki były dość krótko, po chłopięcemu, przycięte. Zostawiono jej tylko przydługą grzywkę, którą wciąż odgarniała z oczu nerwowym gestem.

Tak wyelegantowany Belbuch czekał w niemal każdy niedzielny poranek na swoją babcię, która szykowała się do kościoła. Jak już się naszykowała, czasem zupełnie zapominała o czekającej na podwórku wnuczce. Wtedy czas się zatrzymywał i letnie promienie słońca oświetlały nieforemną sylwetkę Belbucha pochylonego nad czymś, co przykuwało jej uwagę.

Długo gmerała patykiem w ziemi, czasem podnosiła głowę i patrzyła, czy któreś z dzieci nie wyszło się pobawić. Ale zaraz przypominała sobie, że to niedziela i że nie ma kogo wypatrywać. Wychowywała ją głucha babcia, która była też głucha na wszystkie prośby Belbucha.

Zdarzyło się raz, że Belbuch znalazł małego, zabiedzonego kundelka. Siedział w wysokiej trawie, był słaby i ledwie żywy. Więc Belbuch przyniósł mu spodeczek z mlekiem i siedział razem z nim w tej trawie przez cały dzień. I noc. Nie chciał go opuścić ani na chwilę. Babcia krzyczała z okna ich mieszkania, żeby Belbuch wrócił do domu. Aż wreszcie ochrypła i dała spokój.

Belbuch przeniósł się z psem bliżej schronu, naszego ulubionego miejsca zabaw. Teraz, po wielu latach nieużytkowania, był to obiekt zaniedbany, miejscami porośnięty trawą i zasypany śmieciami. Pełno tam było butelek, papierów i wszelkiego rodzaju złomu. Wejścia do schronu broniła na wpół przerdzewiała krata. W pewnej chwili szczeniak zeskoczył z rąk Belbucha i czmychnął przez nią. Belbuch wiedział, że pod mocniejszym kopnięciem krata ustąpi, więc bez problemu dostał się do środka. W tym czasie wszyscy pamiętali, co przydarzyło się braciom Oko, i nikt nie ośmielał się tam zapuszczać. Belbuch też musiał o tej historii pamiętać, jednak wszedł do ciemnego, nieprzyjemnego miejsca zupełnie sam.

Pod wieczór babcia odzyskała głos i zaczęła intensywne nawoływania z okna. Jednak Belbucha nie było. Zniecierpliwiona wyszła na podwórko. Obeszła piaskownicę, zajrzała pod płożące się na ziemi długie witki wierzby i przystanęła koło schronu. Zauważyła odsuniętą kratę i już wiedziała, gdzie jej szukać.

Patrzyłam z okna, jak babcia Belbucha wchodzi do schronu. Wyobraźnia podpowiadała mi najgorsze scenariusze. A to, że Belbuch znajdzie kości braci Oko i przestraszy się na śmierć, to znów, że babcia zabłądzi i umrze gdzieś w zatęchłym korytarzu, a po latach znajdą jej nadgryziony przez szczury, wysuszony na wiór zezwłok. W każdym razie byłam pewna, że nie wróci z tej wyprawy żywa.

Z przyklejonym nosem do szyby czekałam na dalszy rozwój wypadków. Wpatrywałam się w wyjście ze schronu w nadziei, że pierwsza zobaczę finał poszukiwań.

Najpierw wyszedł pies. Wyglądał na zupełnie zadowolonego. Merdał ogonem i wyraźnie na kogoś czekał. Zaraz za nim wyszedł Belbuch, uśmiechnięty, umorusany jak nieboskie stworzenie, szczęśliwy. Na końcu wygramoliła się babcia. Spodziewałam się, że będzie zła, że tyle czasu musiała chodzić po takim okropnym miejscu. I to w niedzielę. Ale stało się coś zaskakującego.

Babcia schyliła się i wzięła szczeniaka na ręce. Głaskała go przez chwilę, po czym podała Belbuchowi, który przytulił go do siebie z czułością. Potem poszła przodem. Belbuch raźnym krokiem wraz z psem ruszył za nią i wkrótce wszyscy zniknęli w wejściu do ich klatki schodowej.

Nazajutrz Belbuch wyszedł jak zwykle na podwórko. Jednak nie był już tym samym wystraszonym, niezdarnym Belbuchem. Siadła na deskach przy piaskownicy i uśmiechnęła się. Pierwszy raz widziałam, jak się uśmiecha. Nie była sama. Towarzyszył jej szczeniak, który merdał ogonkiem i leżał na jej kolanach, wysuwając do słońca mały biały pyszczek.

– Beata – zapytałam – mogę pogłaskać twojego pieska? Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, bo to, że nazwałam ją jej imieniem, było naprawdę czymś niezwykłym.

– Możesz – uśmiechnęła się jeszcze szerzej i popatrzyła na mnie. – Jak ma na imię? – zapytałam, jakby rozmowa z Belbuchem była czymś najzwyklejszym na świecie. Popatrzyła na mnie uważnie, odrzuciła nerwowym gestem grzywkę i odparła: – Jeszcze nie ma imienia.

ELWIRA DZIKOWSKA