A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Wirus w kilku odsłonach"

 

 

WIRUS W KILKU ODSŁONACH




„Jędrek, przerwa, czas na herbatkę”.
   
Z trudem prostuję kark i plecy. Wbijam łopatę w pryzmę ziemi, cholera, jakoś mało jej dzisiaj ubyło. Rozwożę taczkami od paru dni po miękkim grząskim piachu cztery tony czarnej ziemi, którą zamówiłem w ubiegłym tygodniu. Jutro zapowiadają deszcz, dobrze by było rozwieźć i zgrabić do jutra.
   
„Nie możesz się przepracowywać, usiądź, odsapnij. Zaplanuj, czego masz dziś i jutro nie robić” – śmieje się Krzysztof.
   
Tak, nie mam się co śpieszyć, może to dobry moment, by zwolnić tempo? Jednak czy to nie będzie zgoda na jałowość, na czas bez wyzwań, na wegetację? Praca na działce jest dla mnie wyzwaniem, tak się wydaje. Od wielu lat tak nie pracowałem intensywnie fizycznie, a rzeczy do zrobienia nie ubywa. Każdego dnia dostrzegam nowe, zaniedbane obszary, które należy poprawić, uporządkować, naprawić. Jest coraz więcej takich momentów, w których wpadam w wir grządek, łopaty, grabi, sekatora, piły, siekiery, kosiarki, a wtedy wydaje się, że to jest właściwy sposób na życie. Czy tylko w tym czasie?
   
„Chłopie, patrzę na ciebie i jest mi wstyd, ty pracujesz a ja nie. Motywujesz mnie, ale nie za bardzo” – sąsiad ma dystans do stachanowszczyzny. – „Przerwa, nawet długa, jest bardzo wskazana”. Pijemy gorącą zieloną herbatę i patrzymy na dokazujące psy. Jest słoneczny wczesnowiosenny dzień. Wiatr leniwie porusza budzącymi się do życia gałązkami wierzby. Psy rozłożyły się w słońcu, tylko para czyżyków pracowicie zbiera źdźbła trawy do zawieszonej wysoko na sośnie budki. Idylla?
   
„Wiesz, Krzychu, jałowy bieg, który nam włączyła ta epidemia, może się przerodzić w taki sposób bycia, ograniczone potrzeby, minimum wysiłku, błogie intelektualne lenistwo. Buntuje się przeciw temu. Chciałbym dalej coś robić, tworzyć, zostawiać ślady po sobie”.
   
„Przecież robisz” - odpowiada łypiąc na mnie oczyma spod szopy nieuczesanych włosów, które od kilku tygodni proszą się o fryzjera. "Ta pryzma ziemi, którą rozwozisz po to, aby jałowy skrawek działki zamienić w trawnik, to jest twój ślad”. Po chwili dodaje: „Pij herbatę, bo wystygnie”.
   
Stoję z wózkiem sklepowym w kolejce do supersamu, przepisowo dwa metry oddalony od poprzednika. „Może pan wejść” - ochroniarz w masce wpuszcza do sklepu kolejną osobę. Mam spisane na kartce to, co mam kupić. Cukier, makaron… Nikt się nie uśmiecha, atmosfera między regałami napięta, aż gęsta, owoce, warzywa… znajomi z daleka machają ręką, macham i ja. Pasta do zębów, mydło… „cześć, Andrzej” – Tomek uchyla z twarzy maskę i z daleka pokazuje uśmiech. Mleko, ser… kilka kroków ode mnie stoi kobieta i czeka, aż wezmę z półki jajka, nie zbliża się, ale wyraźnie drażni ją moje wahanie które wybrać? Wkładam te, które są pod ręką, nie sprawdzając, czy są całe. Wstrętne babsko, może kichnąć przy niej? Jędrek, opanuj się. Pomidory, dla Baśki w oddzielną torebkę, co ona chciała jeszcze?… pomarańcze, grejpfruty, brokuły... Dzwonię, „Barbara nie ma brokułów” – „trudno, weź sałatę”. Rządek klientów do kasy. Oddaleni o kilka kroków milczą. Pani zasłonięta szybką bez uśmiechu sczytuje do kasy zakupione rzeczy, przyjmuje zapłatę, daje paragony. „Proszę się cofnąć za linię” - to kasjerka do kobiety, która stoi za mną i wykłada z wózka swoje zakupy na taśmę. Nie ma jak przedtem uśmiechnięte "dzień dobry", tylko niewyraźne mruknięcie na moje „dziękuję”. Przy samochodzie pakuję w osobną torbę zakupy dla Baśki. Podjeżdżam pod jej mieszkanie, dzwonie domofonem, zostawiam torbę pod drzwiami, wychodzi na korytarz, przez przeszklone drzwi pozdrawia mnie i dziękuje mizernym uśmiechem. Wracam do domu, wchodzę do klatki schodowej, sąsiadka, widząc mnie, wraca do mieszkania, zamyka drzwi, nie odpowiada na moje powitanie, czeka aż przejdę. Czuje się dziwnie.
   
„Pani doktor, od tygodnia bolą mnie mięśnie tułowia, a wczoraj pojawiła się wysypka na plecach poniżej żeber”. „Z jednej strony”? „Tak”. „Proszę zrobić zdjęcie tej wysypki i mi przysłać”. „Gorączkuje pan”? „Nie”. Przesyłam zdjęcia, po chwili słyszę: „Wygląda to na półpasiec. Przepiszę panu leki. Chce pan zwolnienie”? „Nie, i tak nie pracuję, jest pandemia”. „Proszę nie wychodzić z domu, ma pan osłabiony organizm i może pan zakazić się innymi chorobami. Tabletki cztery razy dziennie, maść… Życzę zdrowia, jakby coś się zmieniło, proszę dzwonić”. Koniec rozmowy. To była wirtualna porada przez telefon. Recepta elektroniczna. Leki wykupione w aptece z kodu kreskowego, przynajmniej one są realne, tabletki i maść, mam je realnie w ręku, nie na ekranie tabletu, ale płacę za pomocą telefonu.
   
Niedziela Wielkanocna, na stole żurek, jajko, wędlina, trochę owoców i… laptop. „Wesołych świąt, dużo zdrowia”, zbliżam jajko do ekranu komputera, inni uczestnicy tej wirtualnej biesiady robią to samo. Drżę. Jest mi zimno, choć za oknem piękna słoneczna pogoda. „Tak, dużo zdrowia” – próbuje tak jak inni uśmiechać się do ekranu.
   
Jestem sam.



OMCPABLO