A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Sanacja doby korony"

 

 

 

 

SANACJA DOBY KORONY


   
Moment, w którym uświadomiłem sobie, że sytuacja może być naprawdę poważna, nastąpił, kiedy nagłówki w mediach przestały być krzykliwe. Jak żyjemy w czasach względnego pokoju, odwiedzając pierwszy z listy, dowolny portal internetowy, widzieliśmy: BREAKING NEWS – ktoś się zesrał w Radomiu! Tudzież Sosnowcu, bądź pani Julia Wieniawa była łaskawa wysiąść z samochodu, by następnie wstąpić do dyskontu. Obecnie natomiast wszystko podane jest dosyć rzeczowo, brak celebryckich ekscentryków na pierwszym planie, a to oznacza, że jest zaiste źle. Okazało się, że influencerzy nie są nam w stanie pomóc, youtuberzy są zbędni, nie mają bowiem co począć ze sobą wobec zaistniałej sytuacji. Bazują wyłącznie na sukcesie, permanentnym rozwoju i wzroście, bezustannej hossie. W zasadzie jest to jedynie próżność, bufonada, przedstawianie kolejnych „fajnych” rzeczy, wszystko wokół układa się niezmiennie wspaniale i jest to jedyna emocja, jaką potrafią budzić. W trudnym czasie spowolnienia i kwarantanny owa gromadka konsumpcyjnych żuczków w butach Balenciagi traci możliwość przekazywania treści wybitnie pozytywnych, a ich styl bycia nie znajdzie wiele empatii, zrozumienia i wymaganej atencji. Amerykańscy gwiazdorzy kolejny raz próbowali uratować świat wspólna piosenką – nie wyszło.
   
Społeczeństwa powoli zdają się dochodzić do wniosku, że postacią dalece ważniejszą dla ich egzystencji jest pan wywożący śmieci niż Cristiano Ronaldo, a model gospodarki kapitalistycznej i konsumpcjonizm doprowadziły do urzeczywistnienia mechanizmów, które miały sens i na tyle dobrze spełniały się przez ostatnie lata, w których nie doszło do żadnego poważnego tąpnięcia, że zaczęliśmy sami wymyślać sobie problemy.
   
Zdaje się, że po raz pierwszy w XXI wieku politycy, przywódcy światowi wyglądają na strapionych, a bycie u władzy nagle przestało być ciepłą synekurą, splendorem okraszonym apanażami, przywilejem łączącym się z odpowiedzialnością jedynie przed historią. Nagle bycie u władzy, bycie odpowiedzialnym za miliony ludzi jest problemem, choć właściwie tak winno przecież być i o to w tej posłudze chodzi. Pomyliliśmy eksponowane urzędy z tytułem przesympatycznego „Człowieka Roku”, a dopiero teraz następuje czas walki z kryzysem, który nie został wymyślony dla własnych korzyści. Walki z czymś, co stanowi dla ludzkości poważne zagrożenie, czego ludzie naprawdę się boją, a nie czymś, co zostało im wmówione, że mają się tego bać.
   
Lata wykorzystywania strachu, niewiedzy, niechęci między ludźmi w sposób cyniczny, wymyślania problemów i kryzysów, lata marketingu i sprzedawania produktów, które rozwiązać mają twój wyimaginowany problem, będące jego gotowym rozwiązaniem – temu wszystkiemu byliśmy poddawani.
   
Obecnie stoimy w obliczu prawdziwego problemu, więc nadarza się wiekopomna okazja, by wszyscy rządzący, celebryci i influencerzy, a także biznesowi selfmademani, zwani na ogół wizjonerami, rozwiązali go dla nas. Szczerze życzymy powodzenia, trzymamy kciuki.
   
Pod koniec zeszłego roku wpadłem na wyliczenie podające, iż Jeff Bezos ma na tyle dużo środków finansowych, by zakupić mieszkanie o średniej wartości rynkowej dla każdego bezdomnego w USA i tym samym wydać około 1/3 majątku. Otóż nikt nie powinien mieć tyle pieniędzy co najbogatsi i nikt nie powinien mieć równie mało co najbiedniejsi.

Cóż to za rynek, gdzie w tydzień po wprowadzeniu kwarantanny firmy ogłaszają bankructwo, cóż to jest za gospodarka? Wszyscy konkurując ze sobą w sposób bezpardonowy, wyrywając sobie każdy grosz, operują na tak niskich marżach, że nikt nie ma nic. Nagle okazało się, że nikt nie ma oszczędności, bowiem wszyscy wszystko wydali zazdroszcząc influencerom ich modnego lifestyle.
   
Byliśmy zbytnio zaaferowani poczynaniami nieszczęśników, którzy w zamian za 500 polubień zobowiązują się ufarbować włosy na różowo. Zbyt intensywnie przeżywaliśmy opis imprezy, w której wzięła udział pani Kinga Rusin, to było ważne w naszym życiu jeszcze miesiąc temu. Tymczasem wystarczyło dmuchnąć, by pokazać, w jakiej parodii cywilizacji żyjemy. Dmuchnąć delikatnie, gdyż koronawirus, przynajmniej na obecnym etapie, nie jest nawet wystarczająco trwożliwy, by nakręcić o nim film fabularny. Może za to okazać się próbą kostiumową przed czymś znacznie poważniejszym. Z jednej strony pewno nadszarpnie gospodarczo kilka krajów, lecz nie jest na tyle mocny, byśmy cieszyli się z tego, że przeżyliśmy. Co najwyżej poczujemy lekką złość z powodu czwartych Gwiezdnych Wojen w tym tygodniu lub ósmego chińczyka. Należy wykorzystać tę okazję, by dostrzec, jak żenujący wszyscy jesteśmy, jak bardzo nam nie wyszło, jakim jesteśmy zawodem.
   
Popatrzmy zatem na ten świat, który się zmienia, i pomyślmy, że nie ma wcale za czym płakać, gdyż nasz sposób życia nie był wystarczająco chwalebny. Już Szekspir stwierdził, że ludzka natura podatną jest na namiętności wobec zaszczytów, bogactwa, a gdy i tego mało - posiadania władzy. Stwierdził, że człowiek z natury swej jest ułomny, przychodzi na świat skażony grzechem pierworodnym, jest istotą ulegającą różnorodnym wpływom i naciskom, a w naturze każdego tkwią ciemne strefy jego osobowości i doprawdy niewiele trzeba, by zaiskrzyły, a sukces i wszystkie pieniądze świata nie są miarą szczęścia i z tego, co się orientuję, wie o tym każdy, lecz nie każdy robi z tej wiedzy użytek.
   
Przestaliśmy przywiązywać wagę do roli człowieka poza etatem, jego roli społecznej. Oceniamy ludzi po zajmowanych stanowiskach, zawodzie, jaki wykonują, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo ograniczona jest to ocena. W wielu przypadkach to, czym zajmujemy się w szeroko pojętym czasie wolnym, jest znacznie bardzie istotne, korzystne społecznie niż sama nasza praca. Nie dopuszczamy myśli, że miejski radny bądź europoseł to jedynie funkcja, a robotnik fabryczny czy też szynkarz są o wiele cenniejsi jako wolontariusze czy trenerzy sportowi z punktu widzenia społeczności lokalnej. Cenimy jedynie osiągnięcia, nie to, w jaki sposób żyjemy – że nieważne za ile, a po co, przywołując Waldorffa.
   
Zapomnieliśmy o tym, zapomnieliśmy o Szekspirze, z równą łatwością zapomnieliśmy o kulturze. Kultura zapomniana, często pogardzana, będąca w ostatnim koszyku finansowania, na którą łożyć nie chce nikt, bo i dla kogo.
   
Zapomniawszy o kulturze i jej ponadczasowym wymiarze, kulturze, która czyni nas ludźmi, która szuka w człowieku tego co wielkie, co najwspanialsze, wieczne. Gloryfikuje to, czemu winniśmy służyć, co winniśmy chronić, a czego wyrzekliśmy się na rzecz miłosnych przygód fryzjerów serwowanych podczas para-audycji w telewizorze.
   
Zapomnieliśmy, dlatego też największym, najbardziej udanym żartem primaaprilisowym pierwszego roku doby covid-19 jesteśmy my. My sami.



TYTUS ANDRONIKUS