A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Obietnica"

 

 

OBIETNICA



Rażące żółte światło dostało się do jego oczu drażniąc bardziej niż najostrzejszy ze sztyletów. Poczuł, jakby coś w nim pękło, jakby ktoś zmącił cały jego wyalienowany spokój, który właśnie legł w gruzach przez tę jedną strugę światła, która tak bardzo niszczyła lustro jego duszy. Usłyszał za sobą szept, który był jak syknięcie węża, ale wciąż nawet nie drgnął. Syk nasilił się i teraz usłyszał wyraźnie, co chciano mu przekazać. To było szybkie i ostre: „zjedz”. Odwrócił się, ale nikogo za sobą nie ujrzał.... Trwał w tej konsternacji przez moment tylko po to, by ponownie sięgnąć po kawę i wrócić do pisania.

Nie dane mu jednak było w spokoju dokończyć pracy. To już któryś dzień, odkąd zamknięto ludzi w domach... Właściwie nie pamiętał, kiedy to wszystko się zaczęło. Tęsknił za wolnością, miłością i spokojem. Tak bardzo tego wszystkiego potrzebował, chociaż nie mógł żadnej z tych rzeczy dostać.

- Cholerne bezpieczeństwo - wycedził przez zęby odkładając kubek po kawie na pokaźny stos naczyń i opakowań. Nie sprzątał, bo i po co? Nie spodziewał się przecież żadnych gości. Ba, właściwie nic go już nie obchodziło. Nie przebrał się od początku „pandemii”. Jego włosy były rozczochrane bardziej niż kiedykolwiek, a broda spokojnie mogłaby mu służyć jako odzienie. Wyglądał jak prawdziwy obraz nędzy. A miał przecież tylko dwadzieścia trzy lata. Miał dość. Wstał z krzesła i otworzył okno. Wyjrzał na ulicę. Od razu uderzyło go świeże powietrze, które w tej sytuacji wyżerało jego płuca jak kwas solny. Zaczął kasłać. Wręcz się dusić, ale dalej patrzył w okno w nadziei, że ostatnie miesiące jego życia to tylko zły sen. Ale nie... Było zupełnie inaczej. Ulice były puste, a miasto wyludnione. Nie zobaczył nikogo, kto mógłby go choć trochę pocieszyć. Kto mógłby mu powiedzieć: „Emil, to tylko sen. Spokojnie”. Pomyślał nad skokiem, ale przypomniał sobie obietnicę złożoną narzeczonej...  Nie mógł się zabić, jeszcze nie teraz. Zamknął okno. Poczuł całą beznadzieję tego świata, a widmo kryzysu gospodarczego, społecznego i edukacyjnego dobiło go jeszcze bardziej. Położył się na łóżku i zorientował się ze zgrozą, że nawet nie potrafi już płakać... Zaczął więc się histerycznie śmiać, a śmiech wypełnił cały jego gabinet. Sąsiedzi pewnie pomyśleli, że do reszty już oszalał i... może mieli rację?
Ból przeszył go na wylot. Nikt jak on nie pragnął tak wolności w tej chwili. Nikt tak jak on nie czuł się niczym kanarek, któremu wyrwano struny głosowe. Wstał i zaczął maniakalnie chodzić po pokoju niczym perypatetyk ze szkoły arystotelesowskiej. Krzyczał :

- Czemu?! Czemu?!

Zwykle w takich sytuacjach chodził do lasu, ale jak? Skoro są zamknięte przez kaprys histerycznego Pana w garniturze? Miał ochotę rozwalić wszystkie meble, ale nie miał na to siły. Chciał zmian. Bardzo chciał zmian, ale nie mógł ich dostać, a gdyby nie zakazy? Siedziałby pewnie tak samo jak teraz w domu, pisząc swoją pracę, ale miałby poczucie, że w każdej chwili może wyjść, a bez poczucia wolności czuje, jak bardzo wszystkiego mu brakuje. Nagle... trzask! Wybudził się z transu i zobaczył, że połamał właśnie stolik. Szybko więc zebrał jego pozostałości i wyrzucił w kąt. Zaczął ciężko oddychać i ciągle powtarzać sobie:

- Mam dość, mam dość, mam dość.

Wyciągnął z kuchni nóż i już chciał poderżnąć sobie gardło, ale... Przypomniał sobie
o obietnicy i znowu zaczął się histerycznie śmiać. Pobiegł do łazienki i przemył twarz wodą, przede wszystkim oczy. Zawsze uważał, że są najważniejsze, a jego były teraz całe czerwone, zupełnie jakby od kilku dni spożywał tylko i wyłącznie konopie indyjskie. Zamoczył także swoje włosy i wtedy spojrzał w lustro. Postanowił wziąć kąpiel po to, by się odprężyć. Leżąc w wannie śpiewał, próbując się uspokoić, ale znowu przypomniał sobie, że ma dość. Już miał wrzucić suszarkę do wanny kiedy... Przypomniał sobie o obietnicy. Skończył więc kąpiel i wrócił do gabinetu.

Wtedy jego telefon zadrżał niczym ziemia pod stopami giganta miażdżącego wioski. To wiadomość od narzeczonej... Przyjrzał się i aż zaniemówił. Niby było to  zwykłe i głupie: „Kocham Cię. Nie rób nic głupiego. Będzie dobrze”, ale wystarczyło by wziął głęboki oddech, przebrał się, uczesał, zgasił światło i wrócił do pisania.



NEKROS