A A A

Raport z zagrożonego Miasta. Opowiadanie: "Czekamy"

 

 

CZEKAMY


   
To dziwne. Życie w zamknięciu, w czterech ścianach tak dobrze nam znanych. To dziwne. Patrzeć na świat zza firany w pokoju. Oglądać opustoszałe ulice, tak pięknie oblane złotem darowanym przez słońce. To dziwne. Żyć, wegetując na kanapie w pokoju bez pomysłu co robić. Dziwne… Obok łóżka książki, niegdyś zakurzone, skryte w odmętach szafy za ubraniami. Ułożone równiutko w trzech kolumienkach, pięły się do góry jak młode sosenki, które uchwyciły ciepłe, kwietniowe promienie. Kolorowe okładki, cienkie i grube tomiki. Taki miły widok dla oka. Niektóre lekko podarte, inne bez okładki, odkrywane na nowo, z każdym wieczorem przesiedzianym do późna ze świecą. W tle cichy głos komentatorki i zmęczone westchnienia rodziców. Kolejne raporty, kolejne kłótnie wyborcze. Zakrywam uszy i odpływam. Nie chcę już tego słuchać, nie chcę już czuć tego ścisku, braku powietrza. Znów patrzę w okno, znów się zamyślam. Czy teraz tak będzie wyglądać moje życie? Czuję się, jakbym śniła na jawie, unosiła się na miękkich chmurach, które jakby zesłane przez Morfeusza nakłaniają do zapadnięcia w głęboki sen – hibernację, trwającą do dnia nowego odrodzenia świata.
   
Gospodarka upada, a nerwy biorą górę nad rozsądkiem. Dorośli z tęsknotą spoglądają za pracą. Młodzież, gdy tylko gasną światła, znika z domów w poszukiwaniu wolności. Dzieci duszą się w domach, cierpią na brak swobody. Więźniowie własnych domów. Ofiary kryzysu lat dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku. I spoglądam tylko na zegar. Wolno obracające się wskazówki naglą do lekcji, lecz ja nie chcę. Nie mam siły się podnieść. Czemu? Przecież nic jeszcze dzisiaj nie robiłam. Jedynie oddychałam, jakoś żyłam. Trwałam w tej bezbarwnej rzeczywistości, która owładnęła moim światem. Słuchałam, jak moja rodzicielka w pokoju obok odmawia koronkę do bożego miłosierdzia. Prosi o zdrowie, o koniec pandemii. A ja w duchu dopowiadam, aby i ona wyzdrowiała, by nie musiała już się bać, przekraczać progu szpitala, w którym pracuje. I żeby jeszcze ojciec wrócił do domu bezpiecznie tyle razy, ile ów dom opuścił.
   
Często bywają momenty załamania, przełomu nakazującego przeciwstawić się zasadom. By w końcu rozwinąć skrzydła i unieść się gdzieś daleko, skryć przed tym wszystkim, co nas spotyka. Jednak po nich nadchodzi zapach świeżej kawy o poranku. Uśmiech matki, ciepły uścisk ojca. Niedziele spędzone na wspólnej mszy przed telewizorem. Spacery z wymówką pomocy babci, mieszkającej niedaleko. Śpiew ptaków szykujących się do oficjalnego rozpoczęcia wiosny, trzepoczących za oknem skrzydłami, wijących ciepłe gniazdo na gałęziach jodły za domem. Obiady, które w końcu można spędzić ze wszystkimi przy jednym stole. Kłótnie o to, kto robi dzisiaj pranie, kto zmywa naczynia, a kto odkurza. To wszystko jest tym jasnym płomieniem tlącym się w sercu, dającym nadzieję. Są to właśnie te chwile wolne od trosk, dające zapomnienie - tymczasowe, ulotne. I tak jak dźwięk dzwonu z kościelnej wieży przypomina nam, że już czas na modlitwę, tak i stos zeszytów na biurku, przypomina o obowiązkach. Szepcze do nas, że to jeszcze nie koniec. I znów pojawia się rutyna, a czas z dnia na dzień coraz wolniej mija. Rankiem ciężko się obudzić, nocą nie można zasnąć, bo do głowy wracają jak bumerang wszystkie te trudne historie z przeszłości. Słowa, których żałujemy, których nigdy nie wypowiedzieliśmy. Wspomnienie ciepłych ramion, które już więcej nas nie obejmą. Tworzymy sceny, opowieści, które mogłyby mieć miejsce, oraz te, które jeszcze się nie zdarzyły.
   
Dzień za dniem, każdy inny, lecz taki sam. Znów siedzę na parapecie. Znów z zeszytem w ręku. Piszę, co widzę w moim sercu. Scenariusze, których nigdy nie ujrzy światło dnia, wywołujące potok łez lub uśmiech na ustach. Moje tajemnice, pragnienia, żale. Wszystko to, co jest przeznaczone tylko dla mnie. Marzenia o świecie, który kreuję sama. Ciekawe czy tylko ja tak robię? Nie wiem. I też się tego nigdy nie dowiem. Tak samo jak nie dowiem się, co mój brat majstruje za zamkniętymi drzwiami pokoju, co kuzynka robi u siebie w domu. Tylko od czasu do czasu wysyłamy sobie filmiki, gdzie prezentujemy, ile się już nauczyłyśmy. Która z nas lepiej opanowała grę na ukulele - spontanicznym zakupie, który na nasze szczęście kradnie każdego dnia chociaż trochę czasu. Daje nam nowy cel do osiągnięcia.
   
Koszulka z krótkim rękawkiem zsunięta z ramienia ukazuje niedbale nabazgrane wzorki powstałe przy pomocy kredki do oczu. Wzrok utkwiony w horyzont. Dziwny błysk w oku, pojawiający się za każdym razem, gdy przez uchylone okno wpada świeży podmuch wiatru niosący ze sobą zapach kwiatów. Nostalgiczna, znajoma woń. Tak. Mama zasadziła bratki jeszcze przed Wielkanocą. Tak inną w tym roku niż zwykle. Pustą i samotną, bez rodziny wokół. Opowiastek dziadka o jego młodości. Charakterystycznego śmiechu babci niosącej tackę wypełnioną po brzegi ciastem. Sernik, szarlotka, babka piaskowa. No i makowiec, który piekłam zwykle razem z mamą.
   
Przechodząc ulicami widzę jedynie poszarzałe bloki, od czasu do czasu przejeżdżające samochody i młodą dziewczynę spacerującą z psem. Nie wiem, czy ją znam, czy kiedykolwiek widziałam. Kto wie, może niejednokrotnie już się mijałyśmy, może kiedyś powiedziałyśmy sobie krótkie "cześć". Naprawdę nie mam pojęcia. Biała maseczka z wymalowanym uśmiechem zakrywa jej twarz, lecz oczy, które spoglądają na mnie zza szkieł w grubych oprawkach, pozostają puste. To już nie dziwi.

A poza tym cisza. Nikt nie śmieje się z przygłupiego komentarza kolegi, nikt nie wychodzi na ławkę do parku, by zapalić papierosa, nakarmić gołębie. Mijając place zabaw, widzę jedynie pozawieszane kłódki i puste huśtawki. Kina, teatry, galerie handlowe, wszystko stoi w miejscu. Zastygło w bezruchu i ginie w pamięci ludzi zajętych własnymi sprawami. Wszystko zamarło. Dopiero po czasie dostrzegam coś innego. Kosze na śmieci przy przystankach są puste. Kaczki spacerują beztrosko wzdłuż bielącego się pasa, wymalowanego na asfalcie. W Internecie coraz częściej słyszy się o zwierzętach coraz liczniej zapuszczających się na tereny miejskie. Wracają na swoje dawne terytoria, odbierają to, co kiedyś należało do nich. Kwiaty i drzewa puszczają pąki. Trawa, nie zdeptana przez przechodniów, zieleni się soczyście, choć przyznać trzeba, że na większych przestrzeniach jest nieco wysuszona i marniejsza. W powietrzu nie czuć już spalin samochodów ani dymu niesionego znad kominów. Nawet ci nieliczni przechodnie są jakby milsi i bardziej pomocni. Szczególnie w przypadkach, gdy ostrzegają, gdzie czają się policjanci, których niedawno minęli. To naprawdę zabawna gra pozorów... Wszystko wygląda jak martwe, a tak naprawdę już od bardzo dawna świat nie tętnił życiem tak jak teraz.
       
Społeczeństwo zamiera w oczekiwaniu. Wszyscy wiemy, że już nic nie będzie takie jak dawniej, że przeszedł czas na duże zmiany. Lecz nawet z tą świadomością nadal czekamy. Pijąc ciepłą herbatę z cytryną, przechadzając się po dnie Wisły, czytając stare gazety, przetrząsając Internet od góry do dołu, szydełkując, wyszywając, malując, czy też nucąc pod nosem w czasie kąpieli. My wszyscy nadal czekamy. Czekamy, aż świat odetchnie i wszystko się uspokoi. Czekamy na deszcz.


MIRAI